6 koncert uczniów Drumsetpro School

6 Koncert Uczniów znanej, chorzowskiej szkoły perusyjnej Drumsetpro School, odbył się 22 czerwca bieżącego roku w Starochorzowskim Domu Kultury.

Miałem przyjemność być pierwszy raz na tym wydarzeniu i przyznam, że wywarło na mnie wielkie wrażenie. W tym roku na koncercie wystąpili uczniowie ze wszystkich sześciu oddziałów szkoły ( Bielsko – Biała, Chorzów, Katowice, Kraków, Rzeszów i Wodzisław Śląski ).

Muzycznie był to przekrój wielu gatunków muzycznych, od popu, przez rock, metal aż do muzyki elektronicznej.

Koncert na zakończenie roku szkolnego to, nie tylko idealny prezent dla ucznia, jego rodziny i przyjaciół. To przede wszystkim ogromna dawka motywacji do pracy nad warsztatem perkusyjnym. Pokazać się na profesjonalnej scenie, zagrać swój ulubiony utwór, dać z siebie wszystko – bezcenne. Dodatkowo każdy z uczestników koncertu otrzymuje pamiątkowe zdjęcia oraz nagranie, które jest dostępne między innymi na kanale Youtube szkoły.

Prywatne szkoły perkusyjne dają większe możliwości i więcej radości z grania na perkusji, z jednej prostej przyczyny – uczą w nich ludzie z pasją, ludzie wybrani nieprzypadkowo, ludzie dla których ważna jest dobra, przyjacielska atmosfera, którą czułem będąc uczestnikiem koncertu. Kiedy ja uczęszczałem do Podstawowej Szkoły Muzycznej im. Grażyny Bacewicz w Jaworznie, nie przypominam sobie takich wydarzeń w takiej atmosferze. Pamiętam za to, niezbyt przyjemne i nudne egzaminy, które trzeba było wystukać na ksylofonie i wibrafonie nuta w nutę, a zestaw perkusyjny – „jeśli zasłużysz to zagrasz”. To były uroki starych państwowych szkół ale mam nadzieję, że z biegiem lat będzie się to zmieniało.

Gra na perkusji ewoluowała bardzo mocno na przestrzeni choćby ostatnich 20 lat. Coraz więcej ludzi zaczyna swoją przygodę z bębnami. Dziś nie jest to już zajęcie zarezerwowane tylko i wyłącznie dla mężczyzn. Grają wszyscy,  w każdym wieku i również kobiety.

Zainteresowanie tym instrumentem rośnie z każdym rokiem, czego nie dało się nie zauważyć podczas koncertu. W Drumsetpro School nie ma podziałów na wiek, stopień zaawansowania, preferencje muzyczne. Swoich sił może spróbować każdy, do czego szczerze i serdecznie zachęcam.

Drumsetpro School działa bardzo prężnie na polskim rynku perkusyjnym, daje swoim uczniom, ludziom nie związanymi ze szkołą i wszystkimi zainteresowanymi szerokie spektrum możliwości rozwoju warsztatu perkusyjnego.

Poza regularnymi zajęciami we wszystkich oddziałach szkoły, organizowane są warsztaty perkusyjne ze znanymi i cenionymi polskimi perkusistami ( cykl „Mistrzowie Perkusji „ ). Spotkania z perkusistami zagranicznymi z całego świata, koncerty uczniów, imprezy integracyjne oraz kanał Youtube, gdzie można obejrzeć występy niektórych studentów. Drumsetpro School rozwija również swoją społeczność na portalu Facebook skupiającą się wokół grupy Drumsetpro School Family.

 

Tekst: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: Archiwum Drumsetpro School

KORNEL KONDRAK… Nie ma miękkiej gry!

Kornel Kondrak, jedna z nowoczesnych postaci polskiego perkusyjnego rynku, solidnego prania w bębny, bo ten młody chłopak nie patyczkuje się podczas koncertów. Udowadnia że bębny to nie instrument dla mięczaków, tylko dla prawdziwych facetów z krzepą w łapach. Osobiście, kiedy widzę jak niektórzy głaszczą bębny ( bo niby dbają o dynamikę ), to robi mi się wręcz słabo, a Kornel, mimo jego pozornie skromnej postury, wali w bębny bardzo solidnie.

Muzyk dba nie tylko o indywidualny styl gry, ale również o aspekt wizualny, który jest równie istotny w świecie muzyki. Przecież bębny oprócz ważnej funkcji muzycznej to także bardzo widowiskowy instrument.

Być rozpoznawalnym z brzmienia to jedno i jest to sztuka niezwykle trudna, drugą sprawą jest oryginalność wizualna, która przyciąga uwagę tych, dla których nazwa parididdle kojarzy się bardziej z nazwą jakiegoś makaronu, a nie podstawową figurą perkusyjną. W dzisiejszym świecie każdy szczegół jest bardzo ważny, więc czym bardziej kreatywni jesteśmy, tym lepiej dla nas. Pamiętam naszą wycieczkę do Gewa Drums, gdzie poznaliśmy się pierwszy raz. Pędząc samochodem do spokojnej niemieckiej mieściny, gdzie ma miejsce siedziba firmy, zastanawiałem się, co za barwna postać siedzi koło mnie. Luźny dresik, stylowy wąsik, modne okulary, sympatyczny i skromny chłopak, kurczę, pomyślałem, skąd on jest?

Kornel to bardzo otwarty, ciekawy świata człowiek, który wychodzi za gary i nie gada wiele, tylko po prostu gra, a gra, aż wióry lecą.

Studiował w Danii, występował u boku Popka, na stałe występuje z grupą Enej, a na co dzień jest po prostu szczęśliwym, spełnionym człowiekiem.

Kornel, jak to się wszystko zaczęło, twoja przygoda z muzyką, perkusją?

Pamiętam taką rozmowę z mamą, miałem może 6 lat. Zapytała mnie kim chcę zostać, gdy dorosnę, odpowiedziałem że perkusistą. – Perkusistą? – odpowiedziała. – A jeśli to nie wyjdzie to kim zostaniesz? Na co odpowiedziałem, że… pijakiem. – Ach tak? – zapytała. – To skąd będziesz brać pieniądze? Odpowiedziałem, że skoro oni skądś je biorą, to i ja dam sobie radę… Podsumowując: nie mam pojęcia, dlaczego od tak młodego wieku byłem uparty akurat na ten instrument, ale przekonanie, że będę zajmował się muzyką na pewno płynęło z wpływu mojego taty, który jest bardem. Muzyka i koncerty były obecne w moim życiu od zawsze. Mówiąc szczerze, poza muzykowaniem nic innego mi nie wychodziło.

Pochodzisz ze Świdnika. Jakie tam są możliwości dla artystów?

Moje rodzinne miasto dla mojego poletka dawało ( i wydaje mi się, że wciąż daje ) wszystkie możliwości do dobrego startu. Oprócz szkoły muzycznej I-go stopnia, do której poszedłem na perkusję mając 10 lat, trafiłem też na pierwszego w moim życiu mentora -Tomka Deutryka – perkusistę, który grał i gra m.in. z moim ojcem. W tamtejszym domu kultury miałem zespół, a instruował nas właśnie Tomek. Były to okazje do wysłuchania wielu cennych uwag z jego strony na temat samej pracy w zespole oraz roli, jaką perkusja w nim odgrywa. Wydaje mi się, że właśnie dzięki mądrościom Tomka dosyć szybko zdałem sobie sprawę z tego, jak w miarę dojrzale grać piosenki na tym instrumencie, nie mordując ich przejściami co 4 takty.Wiele rzeczy, o których mówił, tak naprawdę uświadamiam sobie teraz i z miesiąca na miesiąc, od kiedy jestem członkiem ciężko pracującego zespołu, zastaję sytuację, które Tomek przepowiedział mi już na przykład 15 lat temu.

Jesteś kompletnym, wykształconym muzykiem czy samoukiem?

Skończyłem klasyczną szkołę I-go stopnia i 2 lata II-go. Jestem absolwentem szkoły na Bednarskiej na Wydziale Jazzu w klasie Pana Czesława Bartkowskiego, a do bycia licencjonowanym jazz manem brakuje mi jednego egzaminu w szkole w Danii… Zrobię to!

Opowiedz mi o twoje edukacji, bo wiem, że jest barwna, a szczególnie okres studiów?

Bednarska była fajnym czasem. Poznałem wielu muzyków, którzy teraz grają w topowych zespołach, razem jamowaliśmy u mnie w stancji. Cóż to były za imprezy! Tam też spotkałem Czaplaya i Pinkiego ( puzonistę i saksofonistę, którzy teraz są moimi kompanami w Eneju ). Pinki gra z resztą na moim dyplomie, wieńczącym naukę w tej szkole. Również w tamtym czasie Adam Tkaczyk przekazał mi granie u Mariki, które było pierwszym poważnym koncertowaniem, na które ( jak się wtedy okazało ) zupełnie nie byłem gotowy. Doświadczenie krótkie, aczkolwiek ogromne, które mocno mnie ukierunkowało i pokazało serio, o co w tym wszystkim chodzi. Miałem 17 albo 18 lat.

Studia w Danii były głównie czasem otwierania się na muzykę. Pod koniec tamtejszej przygody słuchałem z wypiekami muzyki, z której jeszcze na 1 roku śmiałem się do rozpuku, tak na prawdę jej nie rozumiejąc. Tam też, żeby sobie radzić, zacząłem udzielać prywatnych lekcji. Okazało się, że nawet to lubię. Do tego przez jakiś czas pracowałem w mojej szkole jako opiekun sprzętu, roznosiłem instrumenty do sal, do których należą, stroiłem i naprawiałem bębny. Ta praca pozwoliła mi ułożyć sobie dzień. Od poniedziałku do piątku, o 7 rano byłem po pracy i cały dzień stał przede mną otworem. Wyciskałem z niego, ile tylko mogłem.

Wróciłeś z Danii – co wtedy się działo, posypały się propozycje grania, bo wróciłeś z super uczelni czy jednak trzeba było zbudować jakiś plan i zacząć działać, promować siebie, żeby zdobyć pracę perkusisty?

Wróciłem z Danii na dobre, ponieważ zadzwonił do mnie enejowy puzonista – Czaplay – z propozycją grania z chłopakami. Byłem wtedy często w Polsce, grałem trasę z Dawidem Kwiatkowskim, a w momencie gdy zadzwonił, pakowałem bębny po sesji nagraniowej pierwszej płyty Dawida. Zawsze miałem bardzo dużo szczęścia przy okazji prac w doskonaleniu rzemiosła. Jeśli chodzi o promowanie się, tak serio zacząłem to robić niedawno, żeby jeszcze czasem chciał ktoś ze mną pograć, ale nikt nie dzwoni. Chyba myślą, że jestem strasznie zajęty przez cały rok…

Duńska i polska rzeczywistość to dwa zupełnie różne światy i zastanawiam się, jak wygląda świat artystów w Danii i czym się różni od polskiego. Co tak najbardziej utkwiło w twojej głowie, czym się różnimy?

Świat artystów w Danii przede wszystkim nie jest pomijany, nie jest spychany na opinię publiczną na margines. Jest sowicie dofinansowywany i bardzo, ale to bardzo otwarty. Tam wszyscy mocno się wspierają, są bardzo otwarci, i nie są bezsensownie zawistni. Generalnie podstawowa cecha Duńczyków to wielka otwartość i życzliwość.

Nie wystarczy mieć papiery z super uczelni, trzeba zapierdalać codziennie nad sobą, żeby do czegoś dojść. Zgadza się czy żyję w błędzie?

Można powiedzieć, że jestem na to dowodem, ponieważ tych papierów nie mam. Mało tego, uważam, że studia, na które poszedłem, nie miałyby kompletnie wpływu na to, czy grałbym w Eneju, czy nie. Według mnie cecha numer jeden czynnego muzyka to bycie otwartym i miłym. Dopiero potem liczą się umiejętności. Człowieka, dzięki któremu w tym zespole gram, poznałem jeszcze na Bednarskiej, bardzo się wtedy skumplowaliśmy. Oczywiście, prawdopodobnie gdybym nie reprezentował poziomu, potrzebnego do zadania, nie byłoby rozmowy, dlatego owszem, trzeba pracować, ile tylko się da i dać się ludziom poznać.

Odnalazłeś się na polskiej ziemi i jak widać, świetnie sobie radzisz. Jak to się stało, że dostałeś się do zespołu Enej i czy jesteś zadowolony ze współpracy i wszystko się układa po twojej myśli?

Jest fantastycznie. Nauczyłem się tu niesamowicie dużo i zwiedzam świat z naprawdę wspaniałymi ludźmi, facetami, którzy mają ogromną pasję do tego, co robią. Na scenie dajemy z siebie ogromną ilość energii i radości, co jest owocem tego, że bardzo się wszyscy lubimy. I serio… Z tak wielkiej bo w sumie 14-to osobowej ekipy – nikt z nikim nie ma na pieńku. Jest to też zasługa tego, że co jakiś czas spotykamy się wszyscy ( czyli cały zespół i management ) i po prostu gadamy. Wyjaśniamy sobie wtedy różne sprawy, przegadujemy ważne tematy. Staramy się, żeby nie wisiała nad nami jakaś czarna chmura nieporozumień, czy niedogadania. Duża w tym zasługa naszego managera, który ( mam wrażenie ) doskonale widzi, kiedy zaczynają powstawać napięcia i pomaga organizować wspomniane spotkania, na których je rozładowujemy.

Jak wygląda Twoje życia poza zespołem Enej? Prowadzisz lekcję, warsztaty? 

Pozazespołowo troszkę się dzieje, ale nie tyle, bym nie chciał, aby działo się więcej ( śmiech ). W tym roku po raz drugi prowadziłem klasę perkusji na Ogólnopolskich Warsztatach Muzyki Rozrywkowej w Koluszkach. W zeszłym roku jeden dzień ( oprócz mnie Robert Luty i Przemek Kuczyński ), a w tym roku jeden dzień prowadził Paweł Stępień, a ja dwa kolejne. Ogromny zaszczyt! Mam też kilkoro uczniów.

Wiem, ze posiadasz jeszcze inny zespół, ale to bardziej niszowy, instrumentalny projekt, wręcz trochę odjechany, jak na polską rzeczywistość. Co to za projekt, jak się nazywa zespół i skąd pomysł na takie granie?

Roux Spana Beat Trio to moje oczko w głowie. Nie jestem co prawda liderem tego zespołu, ale jest to granie i projekt najbliższy mojemu sercu. Pomysł wypłynął od Andrzeja ( Roux Spana ), aby inspirowani takimi producentami, jak J Dilla, czy Elaquent spróbować jamować z żywymi bębnami i kontrabasem. Pamiętam, że przy naszym takim pierwszym spotkaniu, gdy składaliśmy beat, Andrzej krzyczał i skakał z radości. Gramy hip-hopowe utwory instrumentalne, gdzie bębny często grają nierówno, ale w budujący sposób. Projekt zrodził się w Danii. Mieliśmy tam dużo czasu i możliwości, żeby eksperymentować. Były zakusy aby, aby kilku MC dograło się do tych numerów, ale raperzy są leniwi i w rezultacie za każdym razem postanawialiśmy wydać materiał instrumentalnie. Na koncie mamy płytę i epkę.

Jak to było z Popkiem? Dla mnie gość szczery i prawdziwy do bólu. UWażam wbrew wszystkim krytykom, że zapracował i zasłużył sobie na to, co ma. Jest kozak na polskie warunki, ale w naszym kraju nic nikomu nie pasuje, bo każdy wie lepiej, co jest lepsze. Czy to była sesyjna współpraca z Popkiem?

Moja obecność w muzyce Popka jest wynikiem pracy ze znakomitym producentem Matheo. Zaprosił mnie parę razy do położenia bębnów do jego produkcji i między innymi trafiło na numer Wodospady. Nagraliśmy też do tej piosenki teledysk, na którego planie poznałem Popka – dopiero wtedy!

Czy jest taki groźny, na jakiego wygląda, czy prywatnie to dobry, wrażliwy człowiek w ubraniu tatuaży?

Jest miłym i otwartym człowiekiem, z ogromnym poczuciem humoru, ale bardzo bym nie chciał, żeby jakiś mój żart mu się przypadkiem nie spodobał ( śmiech ).

Porozmawiajmy o instrumentach. Jesteś oficjalnym przedstawicielem bębnów firmy Gretsch i blach Meinl. Czy to świadomy wybór instrumentów, bo takie brzmienie tobie pasuje, czy to propozycja narzucona z góry i opłacało się brać, więc wziąłeś. Jak jest naprawdę?

Pamiętam, że wspomniany tu przeze mnie Tomasz miał ride Meinl Rakers, który bardzo mi się spodobał, potem wszedł w posiadanie crasha Meinl Byzance, od tamtego czasu mam to brzmienie w głowie i wiedziałem, że kiedyś chcę grać tylko na tych blachach. Tomek miał też Gretsch’a Round Badge z lat 60′, którego brzmienie też zawsze mi się bardzo podobało. Kilka lat temu odkupiłem od niego ten instrument. Cóż za szczęście! Brzmienie Gretsch’a to dokładnie to, co słyszę w głowie. Zawsze mnie inspiruje i sprawia, że gram zupełnie inaczej niż na jakimkolwiek innym instrumencie.

 

Czy promujesz jeszcze jakieś firmy oprócz tych dwóch?

Jeszcze nie!

W zeszłym roku odwiedziłeś firmę Gewa w Niemczech w miasteczku Adorf. Co wywarło na tobie największe wrażenie w tym magicznym miejscu, w tzw. świątyni dla perkusistów i ogólnie dla muzyków?

Kto by się nie czuł w takim miejscu jak dziecko w sklepie z zabawkami?!

Warszawa to miejsce dla ciebie i twojej rodziny, czy to miejsce dostosowane do kariery, bo tam się wszystko rozgrywa, twoje być albo nie być – jak to wygląda u ciebie?

Przeprowadziłem się do Warszawy mając 17 lat i szczerze mówiąc, przy mojej profesji, nie wyobrażam sobie w Polsce innego miejsca do mieszkania. Mam tu dużo znajomych, których poznałem jeszcze w szkole na Bednarskiej i jeśli muzycznie robię cokolwiek innego poza Enejem, to jest to bezpośrednio związane z tym miastem.

Co dla ciebie jest bardziej istotne w graniu, w muzyce ogólni, serducho czy technika?

Naturalnie serducho, ale uważam, że technika jest niezbędnym narzędziem do przekazania tego, co w nim siedzi. Ma bezpośredni wpływ na brzmienie i egzekucję tak zwanego groov’u. Daję swobodę w poruszaniu się po instrumencie.

Jesteś zapracowanym muzykiem, więc większość czasu spędzasz poza domem. Powiedz mi, jak to godzisz z życiem prywatnym, dajesz radę?

Rzeczywiście pracy jest sporo, ale nie dajmy się zwariować. Takiej bardzo konkretnej pracy z zespołem mamy 5 miesięcy w roku w tak zwanym okresie sezonowym ( maj wrzesień ). Oczywiście pracujemy cały rok, nagrywamy, próbujemy, ale okres jesień/zima jest chyba dla wszystkich muzyków momentem lekko spadkowym. Lubię ten czas. Inwestuję go między innymi w nadrabianie muzycznych i technicznych zaległości. Czasem jakieś zastępstwo czy studio.

Kim będzie Kornel Kondrak za 10 lat?

Mam nadzieję, że wciąż spełnionym artystą, do tego ogarniającym ProTool’s. Pracuję nad tym.

 

Materiał przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Foto: Karolina Pospiszyl i Krystyna Janusz

 

HAJER LEVEL. Warsztaty Perkusja & Bas – Praca w sekcji rytmicznej!

Stowarzyszenie AS czyli Artyści Siemianowicom, Siemianowickie Centrum Kultury oraz organizator warsztatów Drumset Academy, kolejny raz potwierdziły, że perkusja to bardzo egzotyczny instrument, który przyciąga coraz więcej widzów, zainteresowanych grą. Uważam, że Śląsk to ludzie bardzo dbający o tradycję, ludzie którzy nie burzą i nie zapominają, lecz odnawiają i dają nowe życiem starym miejscom. Przykład? Kopalnie. Ze starego szybu można przecież zrobić świetne miejsce,przekształcić je w świat kultury i organizować imprezy ogólnomuzyczne na wysokim poziomie.

Dlaczego Hajer? Kojarzy się z wysokim poziomem prawda? I bardzo dobrze, bo tak miało być i tak było, więc nazwa warsztatów trafiona          w dziesiątkę! Ale Hajer to nie ‚wysoki’ ani ‚wysokość’ lecz ‚Górnik Strzałowy’, więc i nazwa jest wymyślona z szacunkiem dla tradycji             i górników. Jednak kojarzy się z poziomem jakości i taki był zamysł.         W przyszłości może powstanie Hajer Level Piano lub Guitar Workshop.

Dzień I

Pierwszy dzień warsztatów rozpoczął się o godzinie 12:00. Impreza była trzypoziomowa. Warsztaty perkusyjne odbywało się na pierwszym piętrze w głównej sali koncertowej, gdzie woje lekcje prowadził Piotr Czyja            z Drumset Academy. Na tym samym poziomie były wystawy gitar basowych firmy Ibanez, blach perkusyjnych Meinl, werbli firmy Łukawski oraz instrumenty perkusyjne typu Cajone firmy Schwug Cajon. Na parterze czyli poziomie wejścia do szybu, znajdowały się stoiska z informacją          i stoiska z gadżetami, upominkami i prezentami.

Jednym z ciekawszych miejsc na Hajer Level, szczególnie dla młodych pasjonatów perkusji, było stanowisko do sprawdzenia swojej szybkości gry. Można tam było wystukać największą ilość jedynek na elektronicznym padzie, liczącym uderzenia. Takie rzeczy to już jednak dla sportowców, a nie muzyków. Zabawa mimo to byłą przednia. Kolejnym ciekawym stanowiskiem była scena z elektronicznymi bębnami firmy Black Hawk.

Na poziomie minus jeden czyli pod ziemią, „wągiel wydobywoł”Kosma Kalamarz ze swoimi studentami. Poziom zero i minus jeden przypominał wiele z kopalnianych lat i tworzyło to świetny klimat. Kosma w mrocznym klimacie tłumaczył harmonie na basie, która świetnie współbrzmiała         z miejscem, gdzie trenowali basiści. Gdybym był basistą, chciałbym uczyć się od Kosmy, ma dar nauczania. W przerwach można było pograć na wystawionych instrumentach, a na zakończenie odbyły się losowania         i rozdania nagród, co jak na pierwszy dzień było zaskoczeniem. Impreza jeszcze dobrze się nie rozkręciła, a tu już nagrody i upominki? Fajnie! Głównymi nagrodami były werbel firmy Tama, model SLP oraz gitara basowa Ibanez. Na koniec pierwszego dnia odbyło się jam session w przyjaznej kawiarence/restauracji, która również znajdowała się na poziomie minus jeden.

Ku mojemu zaskoczeniu, Peter Szendofi jako pierwszy zagrał jam session, ale nie na perkusji lecz na klawiszach i zagrał lepiej niż nie jeden klawiszowiec. Był tu smak, melodia i groove. Peter to bardzo utalentowany muzyk, który został doceniony przez świat i doskonale prowadzi swoją karierę. Niedawno wrócił z Kanady z nagrania dla kanały Drumeo, nagrał swoją solową płytę Quintessence ze światowej klasy muzykami.                    A zobaczyliśmy skromnego muzyka, który zasiadł za piano i zagrał            z Piotrem na bębnach i Kosmą na basie – mega trio! Oczywiście nie postrzegajmy skromny jako chodzących ludzi z głową w dół, bo nie na tym polega skromność, lecz wyczuwa się to w jego zachowaniu, to po prostu klasa sama w sobie. Jam session oblężone było głównie przez młodych ludzi, którzy czekali na swoją kolej, a najbardziej aktywni byli ci najmłodsi, co bardzo cieszy i rokuje dobrze na przyszłość.

Dzień II

Dzień drugi przebiegł w luźniejszej atmosferze, chociaż nie obyło się bez emocji. Zajęcia miały odbyć się o godzinie 12:45, ale niestety panowie akustycy nie do końca znali się na funkcji akustyka i mieli problem            z nagłośnienie perkusji, który przedłużył rozpoczęcie o jakieś 45 minut.      W zawodowym świecie to nie realne, ale jak widać, czasami się to zdarza… Sytuacja została opanowana i Peter rozpoczął swój solowy występ. Oczywiście rozpoczął od utworów z swojej solowej płyty, a zaraz po tym zaprezentował solo. Po solówce rozpoczął pokaz ćwiczeń, które sam na co dzień używa. Bardzo czysto i zrozumiale pokazywał wszystkie ćwiczenia, głównie oparte na jedynkach i dwójkach, więc dla początkujących perkusistów było to świetne przedstawienie, ale również dla zawodowych muzyków, pojawiło się wiele przydatnych szczegółów.

Jedynkami i dwójkami Peter operował na całym zestawie, rozwijając je na całym zestawie, z akcentami na blachach, przekładaniem rąk itp. Przede wszystkim najważniejsze w tych ćwiczeniach jest dokładność, więc bardzo ważne jest aby ćwiczyć wolno i dokładnie i z czasem przyspieszać, kiedy ćwiczenie jest już opanowane. Niestety nie drogi na skróty.

Kiedy padło pytanie, kiedy został zawodowym muzykiem, odpowiedział skromnie, że to konsekwencja systematycznego grania, ćwiczenia, promowania siebie, budowania swojej kariery. Konsekwencja i codzienna praca nad sobą. Lepiej 25 minut dziennie i mądrze i niż 8 godzin raz         w tygodniu i bez sensu.

Bas

Na poziomie zero słychać było dźwięki wielkiego basisty Andrew Lauer. Jego aksamitna grana basie była tak piękna i melodyjna, że ledwo utrzymałem aparat w rękach. Jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałem tak pięknie granych dźwięków.

Niesamowite podejście do uczniów, totalny luz. Andrew mówił do swoich uczniów, żeby nie skupiali się na technice, tylko żeby opowiadali swoją historię , grając na basie… Aż chciało się grać na basie, mimo że nie umiem ;-)…

 

Konkurs Black Hawk Cyber Drums

W przerwie odbył się konkurs młodych talentów na najlepszy groove – na elektronicznych bębnach firmy Black Hawk. Fajnie jest obserwować, jak młodzi ludzie, jeszcze w sumie dzieciaki, lgną do perkusji, żeby grać bez końca, nie zawsze poprawnie, nie zawsze równo, ale z takim oddaniem, którego u starszych kolegów czasami brakuje.

Konkurs na najlepszy groove wygrała Amelka Spich oraz Dawid Siemek. Nagrody jakie otrzymali za wygrany konkurs to: naciągi firmy Evans, płyta Petera Szendofi, koszulki oraz gadżety Hajer Level.

Koncert finałowy

Po konkursie emocje unosiły się w całym budynku i rosły z minuty na minutę, ponieważ przed nami był jeszcze koncert finałowy Andew ‚The Bullet’ Lauer Band, kóry zamykał warsztaty Hajer Level. Nikt chyba nie wiedział czego się spodziewać, ponieważ Andrew Lauer to wschodząca gwiazda basu i jeszcze nie wszyscy go znają.

Koncert był pod znakiem zapytania, co będzie nam dane usłyszeć. Koncert rozpoczął się od mocnego funkowego uderzenia, które wgniotło wszystkich w krzesła. Wielkość a zarazem skromność młodego Andrew odczuwalna była w jego grze, która była bardzo osadzona, z tłustym groovem, wypełniona melodią i świetnym wokalem muzyka, czego chyba nikt się ni spodziewał jeśli go wcześniej nie znał.Nikt sobie nie przeszkadzał ale przecież na tym poziomie, nie ma mowy o chaosie na scenie. Perkusista Christian Hulsmann – mniej znaczy więcej. Daniel Kruger – absolutnie doskonała harmonia i urocza saksofonistka – Michelle Labonte, która bardzo smacznie wypełniała miejsce dla siebie na solówki czy unisona z Andrew.

Podsumowanie

Hajer Level do kolejny dowód na to, że dla chcącego nic trudnego. Wystarczy pomysł, szczere chęci zrobienia czegoś fajnego, zainteresowania tym sponsorów i działamy. Oczywiście nie od razu Rzym zbudowano, więc trzeba wyciągnąć wnioski z pierwszej edycji, zastanowić się, co poprawić, co zmienić, dodać lub odjąć i budować kolejną edycję czy kolejne pomysły.

Dobrych rzeczy nigdy za wiele. Dbanie o kulturę muzyczną na jak najwyższym poziomie to podstawa, więc jedziemy z koksem i do zobaczenia na kolejnej edycji HJ. Wielkie brawa dla całej ekipy Hajer Level za solidną robotę.

 

Przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: Agnieszka Litarska