Maciek Gołyźniak… Trzeba ćwiczyć!

          Pamiętam rok 2010, kiedy podczas koncertu Brodki w krakowskiej Rotundzie,  podziwiałem perkusistę, który kładł groove dla tej małej, ale jakże rozkrzyczanej wokalistki. Czarowała wtedy swoim urokiem cały klub, który był wypełniony po brzegi, ale przecież to nikogo nie dziwiło, bo płyta Granda zrobiła wielkie zamieszanie w polskiej muzyce rozrywkowej, o czym mówi się do dziś.

Wtedy nie byłem świadomy, że kilka lat później, będę miał zaszczyt poznać tego utalentowanego człowieka, który czarował grą na bębnach. Że będziemy mogli przybić piątkę i porozmawiać o muzyce, o życiu – niesamowite uczucie poznawać w życiu tak wartościowych ludzi, jak Maciek.

Kiedy pojawiła się szansa na porozmawianie, zaproponowałem Maćkowi wywiad. Obawiałem się, że nie będzie miał czasu lub chęci na rozmowę, ale okazało się inaczej i zostałem zaskoczony bardzo pozytywnie jego uprzejmością i kulturą osobistą, która mogłaby położyć na łopatki sporą część perkusistów mających ego większe od Mount Everest.

           Wywiad z Maćkiem, to nie tylko opowieść o życiu perkusisty, ale przede wszystkim o człowieku pełnym pasji i zasad, którymi kieruje się od najmłodszych lat. Takich ludzi spotyka się raz na 100lat… Jest jednym z tych, którzy nie biegną za sukcesami kosztem wszystkiego i wszystkich. Chodzi swoimi ścieżkami, sam nadaje rytm swojemu życiu i mimo uciekającego czasu, coraz mocniej kocha grać na bębnach, bo to jego najcudowniejsza pasja, którą było mu dane odkryć w życiu…

Projekt w Lubrzy - Studio
Projekt w Lubrzy – Studio

Maćku, jesteś posiadaczem solidnego groov’u i potrafisz wydobyć piękne brzmienie bębnów. Nie wiem, jak ty to robisz, ale dla mnie jesteś klasa światowa. Powiedz mi, czy wystarczy mieć ogromne serce do muzyki czy jeszcze trzeba włożyć w to dużo ciężkiej pracy, żeby osiągnąć wyjątkowe brzmienie i tak piękny groove?

Pawle, bardzo mnie onieśmiela teza zawarta w pytaniu. Dziękuję, że masz takie zdanie o mojej grze i brzmieniu. Przez grzeczność nie będę polemizował. Cieszę się , że doceniasz te aspekty. Duża radość!

Co do samego pytania, jestem coraz bardziej pewien, że jedno bez drugiego nie ma racji bytu. Samo serce nie wystarczy, ale jeśli się tego serca nie ma do grania, to sama praca na niewiele się zda. Jeśli przyjąć, że na scenę wychodzi się dla publiczności, to gdy nie wkładasz w to serca – poznają się na Tobie, to będzie nieszczere, jeśli zaś nie włożysz w to stosownej ilości pracy – nie będziesz ich szanował. Też się poznają. To z resztą dotyczy każdej pracy, którą wykonujesz w życiu. Szczerze mówiąc, mam dość jasno ustalone priorytety w tej kwestii. Dla mnie publiczność jest kluczowa. Nie mówię tu o schlebianiu gustom, tylko o szacunku do słuchacza.

Wracając do pytania. To jest trudna sprawa. Pojawiła się ostatnio teoria, że można się nauczyć groović. Nie będę z nią dyskutował, bo pewnie można. Wszystkiego się można nauczyć, akcentu w obcym języku też. Choć pewnie autochtoni się poznają.

Dla mnie groove, jest absolutną podstawą. Postrzegam muzyków przez pryzmat ich „czasu”,  frazy, wyczucia stylu i naturalności w tym zakresie. Na pewno w biegłości pomagają „moto-godziny” przesiedziane w ćwiczeniówce, ale bez muzykowania z zespołami, trudno jest zacząć rozumieć rolę perkusji w zespole, a to wydaje mi się być jednak sprawą kluczową 🙂 .  A brzmienie? To dość indywidualna sprawa. Nie wiem, czy można się go uczyć, ale na pewno można rozumieć jak je kształtować do swoich potrzeb. To się wiąże z dużą świadomością, ta z pracą na scenie i w studio, które z kolei jest wypadkową włożonej pracy ( oraz szczęścia) . Koło się zamyka.  Jedno bez drugiego nie istnieje.

Pracujesz codziennie nad swoimi umiejętnościami, ciągle coś poprawiasz, czy dbasz tylko o to, żeby utrzymać zdobytą formę?

Staram się nieustannie nadrabiać zaległości :). Mnóstwo jest do zrobienia w ćwiczeniówce, a czasu coraz mniej. Mam już trochę lat i z grubsza wiem, co umiem, a czego nie i skupiam się tylko na tym drugim. Umiejętności wypracowane raczej szlifuje, nie pozwalam się sobie zachłystywać tym, „co umiem” szczególnie, że jest tego tak niewiele. I nie jestem tu fałszywie skromny. Miejsce, do którego chciałbym dotrzeć, jest bardzo daleko i mnóstwo pracy przede mną. Jestem nieustannie głodny tak wiedzy, jak i rozwoju. Stawiam sobie wyzwania, mam swoje cele. Interesują mnie challange i sam sobie jestem przeciwnikiem. Moje słabości, oczekiwania względem siebie. To są umiejętności do przewalczenia, one są dla mnie napędem. Absolutnie obiema rękami podpisuje się pod zdaniem, że jeśli coś świetnie brzmi, masz świadomość, że działa – idź dalej, bo to cię już nie rozwija. Owszem, to na pewno cieszy i napawa pewną dumą, która też jest absolutnie konieczna do rozwoju, ale to głód napędza. Nie na darmo w sporcie mówi się, że łatwiej gonić niż uciekać. To jest istota rozwoju. Cel.

Projekt w Lubrzy - Studio

Systematycznie śledzę twoje filmiki, które umieszczasz na facebooku i bardzo mi się podoba twój styl gry. Przypomina mi to modelowanie gry na perkusji. Wypracowałeś to ćwiczeniami czy grasz bo tak czujesz?

Jeszcze raz dzięki Pawle, bardzo mi miło. Zawsze interesowało mnie jedynie „granie na piosenkę”. Jeśli coś nie pomaga linii melodycznej czy wokalowi, nie robię tego. Śledzę bardzo dokładnie przebieg harmonii, jak się rozwija struktura piosenki i tam są wszystkie wskazówki. Wystarczy słuchać. Bębny akompaniują, nie tylko dają puls utworu. Wychowałem się w czasach genialnej muzyki, piosenkarskiego kunsztu, dbałości o szczegół. Nie chcę brzmieć jak stary człowiek i daleki jestem od wszelkiej martyrologii, słucham wielu nowych rzeczy. Ale kiedy wracam do „SO” Gabriela, to pomimo upływu czasu, odnajduje tam wciąż nowe rzeczy, emocje, o jakie trudno w dzisiejszym świecie muzyki pop. Wtedy to był pop! Myślę o bębnach jako o równoprawnym instrumencie w kompozycji. Dlatego staram się, jak to nazwałeś, modelować swoje partie. Robię to zawsze, kiedy ktoś tego ode mnie oczekuje. Z rzadka dzieje się to w sidemańskiej pracy, ale na szczęście coraz częściej.

Reasumując, muzyka jest dla mnie formą komunikacji, dlatego staram się dbać o przekaz, o emocje. Bardzo wierzę, że to jest istota tego co robimy, będąc muzykami, bo suma summarum pod sceną niewielki odsetek osób wie, że zagrałeś taką czy inną figurę i że zajęło to dwa lata żmudnych ćwiczeń, tylko raczej odczuwa Twoją emocję i energię. Staram się godzić tak kunszt i wspomniane emocje, ale zawsze w imię piosenki.

W muzyce najbardziej interesuje mnie szczerość, bycie naturalnym i prawdziwym w tym, co grasz. Czy ty świadomie od początku obrałeś sobie taki styl, muzykę którą grasz i niezmiennie to realizujesz czy bywały okresy w twoim życiu, że grałeś różne rzeczy jakie tylko życie ci przyniosło?

Robiłem różne rzeczy, ale z rzadka wbrew sobie. Nigdy też nie obrażałem się na żadną propozycję, bo nie dzielę muzyki na „dobrą czy złą”, raczej na dobrze, bądź źle zagraną. Wybacz proszę skrót myślowy i uproszczenie.  Patrzę na to, co robię przez pryzmat rozwoju i tego, czy zwyczajnie odnajdę się w muzycznym klimacie danego przedsięwzięcia. Staram się nie robić muzyki dla pieniędzy, choć wiem, w których zespołach należałoby wtedy grać.  Mierzi mnie planowanie „przeboju”, pisanie „hita”. Jest to dla mnie kuriozalne nieporozumienie. Może jestem nieżyciowy. Trudno. Oczywiście dziś jest mi łatwiej wybierać to, co chcę robić, tym samym mogę planować swój rozwój, budować doświadczenie na płaszczyznach dotąd mniej mi znanych. Ale na początku, w toruńskich młodzieżowych czasach, grałem większość rzeczy, które wpadały mi w ręce, choć tu sobie przypominam, że niełatwo było mnie wciągnąć do kapeli 🙂 .  Z resztą, nie sądzę, żeby ten mechanizm mnie specjalnie wyróżniał. Myślę, że to naturalna kolej rzeczy, zwyczajny rozwój. Gdzieś trzeba zacząć i tu jest spora dowolność. Mnie jednak bardzo zajmuje to, gdzie chciałbym skończyć i tego przypadkowi nie zamierzam zostawić.

IMG_5246 

Kochasz perkusję od dziecka i ani twoja babcia ani mama, nie dały rady wybić ci tego z głowy. W takim razie musiała to być miłość od pierwszego spojrzenia co?

Jest tu pewna nieścisłość, ale doceniam, że przygotowałeś się gruntownie 🙂 . Owszem, wszystkie trzy te przecudowne kobiety, bo i siostra mojej mamy, zgodnie najpierw goniły mnie ze ścierą, ale wiem, że w głębi duszy potem wspierały mnie bardzo. Wielka wdzięczność z mojej strony za to, bo dziś, kiedy najbardziej mi tego potrzeba, wiem, że mam za sobą najbliższych, którzy nie wątpią tylko wspierają. To jest bezcenne. Dostać wiadomość – „jestem z Ciebie dumna”, kiedy tyłek odmarza Ci na scenie podczas telewizyjnego sylwestra – bezcenne 🙂 . Bębny stały w moim domu, od kiedy pamiętam. Bracia mojej mamy i dziadek muzykowali. Jeden z nich grał zawodowo, bębny stały w domu. Jak można było się nie zakochać? Dom rozbrzmiewał muzyką, pierwszą piosenką, którą pamiętam ze szpulowego magnetofonu byłą „Radio Gaga” Queen! Bracie, ja to słyszę i widzę jak dziś! Jaki to jest numer! I jak Taylor groovi! No i jakoś tak poszło. Zacząłem jako brzdąc, tłukąc w co się dało w czasach, w których muzykować można było jedynie do koncertu życzeń w TVP w niedzielę,  postrzegam to jako duże samozaparcie (śmiech) .  Dlatego też mam ogromny szacunek do tych, z którymi mogę pracować i którzy do tej współpracy właśnie mnie sobie wymyślili.

Wychowałeś się w czasach, kiedy nie było takiego dostępu do sprzętu jak dzisiaj, kiedy zdobycie czegokolwiek, graniczyło z cudem. Ale gdy już się zdobyło jakiś dziwny zestaw ;-)… to co wtedy czułeś?

Dobre pytanie. Czułem, jak czas ucieka, jak nic nie umiem,  jak bardzo bym chciał i że kiedyś to osiągnę. Naprawdę. Pamiętam to uczucie.  Ale pamiętam też totalną wolność, jak stawał czas .  Jak to , że nie masz na Levisy, przestawało mieć znaczenie, bo miałeś coś, czego nie mieli Ci w Levisach. Pasję. Nie ukrywajmy, dziewczyny nie były bez znaczenia 🙂 .

To są we mnie gorące wspomnienia. Pamiętam, jak potrafiłem cały zestaw polmuza, spakować w dwie torby pójść z buta na przystanek tramwajowy przez „nieprzyjacielskie” osiedle, zapakować to w „Jedynkę” i pojechać na próbę. Potem jeszcze kwadransik przez kolejne osiedle i już można było grać. Był taki moment w Toruniu, że żeby zagrać koncert, musiało się zebrać kilka kapel, żeby się uskładał komplet gratów. A potem, mój obecnie serdeczny przyjaciel, uskładał na Tamę Grandstar wykończenie Lars – czyli jedynie słuszny piano black. Statywy TILT, blachy Mainla z czasów kiedy jeszcze z Turcji importowali kebab a nie talerze. Paweł… Świat się zatrzymał. Kiedyś Marcin, pożyczył mi jeden taki statyw na przeglądzie młodzieżowym. Ja nie umiałem go ustawić. Po prostu nigdy wcześniej nie miałem w ręku takiego „czegoś”.  Ale wciąż jeszcze grałem na kombinowanych polmuzach i jednym (słownie jednym) dobrym talerzu Sabiana. Miałem wtedy werbel Royalsa chyba z trójmiasta to był producent. Mieli taki w O.N.A 🙂 . no mówię Ci sztos! Lekko nie było, kasy nie było, świadomość taka wiesz… . Ale nie to było wtedy istotne, żeby narzekać. My po prostu chcieliśmy grać, żeby nas ludzie kochali, a najlepiej dziewczyny 🙂 .

Dzisiejszy dostęp do materiałów, sprzętu to absolutna bajka prawda i chyba ciężko porównać to z starymi czasami?

Przede wszystkim internet. Dostęp to jedno, a czas dostępu to drugie. Podobno jest klawisz „zwolnij film” na YouTube. Pewnie dlatego jest tylu Aaronow Spearsów na świecie. A poważnie. Byliśmy za żelazną kurtyną. Jak ktoś miał wujka marynarza, to może miał płyty czy książki. Jak zapytasz moich rówieśników o lekcje czy szkoły na video, wszyscy wymienią „Back to Basics” Dave’a Weckla. I większość będzie mówiła o tym samym egzemplarzu na VHSie. Wtedy to była wiedza na wagę złota dla niektórych. Miałem znajomych bębniarzy, a niektórzy mieli materiały, ale zapomnij . Wtedy wypracowałem w sobie mechanizm, szukania w przeciwieństwach losu czegoś, co może mnie rozwinąć i co może mnie popchnąć dalej. Wiedziałem, że muzykalność nie jest zapisana w nutach. Że trzeba słuchać muzyki, dużo muzyki, nieprzerwanie.  Że tam jest klucz. Miałem kolegów, którzy znali nuty, ale nie bardzo mieli gdzie grać.  To przykre, ale tak było.  Słuchałem muzyki non stop. W autobusie, tramwaju na przerwach ( na lekcjach też) w wannie, w łóżku. Mój budżet skromnego kieszonkowego w całości przeznaczany był na bateryjki do walkmana. To były najlepiej zainwestowane pieniądze w moim życiu.  Na początku to były moje nuty, książki , szkółki i ćwiczenia. Dopiero potem, zacząłem systematyzować wiedzę.

Projekt w Lubrzy - Studio
Projekt w Lubrzy – Studio

Pierwszy zawodowy występ, pierwsze zarobione pieniądze z muzyki. Kiedy to było i co wtedy myślałeś, gdy zrobiłeś ten poważny krok w karierze?

Trudno mi to zdarzenie namierzyć dokładnie, ale zdaje się, że w Mrągowie na Festiwalu Country. Pojechałem tam trochę z łapanki, po zaledwie kilku próbach. Naprawdę nie pamiętam dokładnie, ale mogłem mieć może 19-20 lat? Wiesz, to w ogóle z tamtej perspektywy nie był dla mnie żaden krok w karierze. Ja tego po prostu nie mogłem wiedzieć. Pojechałem tam ze starszymi ode mnie kolegami, wyszedłem na dużą scenę, kamery, inspicjenci, telewizja. Pewnie zrobiło to na mnie wrażenie, bo z występu telewizyjnego niewiele pamiętam, poza tym, że mocodawcy byli zadowoleni. Bankowo byłem w szoku. Bez dwóch zdań, miało to pewnie jakiś wpływ na to co później się wydarzyło, ale pieniędzy bym w to nie mieszał. Tzn, nie były one istotą rzeczy. Z resztą staram się, żeby nadal nie były, one są po prostu zwyczajnie należne za poświęcony czas i pracę, ale nie są istotą rzeczy. Grałem potem przez jakiś czas z tymi facetami i bez dwóch zdań, była to szkoła. Sporo graliśmy, nie były to jakieś wielkie honoraria, ale dość szybko odłożyłem na kolejne bębny. Nadal jednak nie odczuwałem, że wykonuje jakiś krok. Wtedy czas po prostu płynął. Wyświetliłem się jednak na toruńskiej scenie i grałem z doświadczonymi muzykami. W sekcji grałem ze znakomitym basistą, Tomkiem Przymorskim, który okazał się znakomitym kompanem do gadania o elektrycznym jazzie w „kantrowym” busie.  W tym kontekście dziś widzę w tym ten rzeczony „krok”.

Z muzyki country, którą z resztą świetnie wspominam, była to znakomita szkoła, naprawdę, przeszedłem na ciemną stronę polskiego bluesa. Wynalazł mnie Maurycy Męczekalski, szef słynnego klubu Od Nowa w Toruniu i przede wszystkim lider zespołu Tortilla Flat. To był krok. Bez wątpienia. To był znakomity i bardzo popularny band na tej scenie. Zjeździłem z Nimi całą Polskę i kawał Europy. Regularne klubowe trasy. Wspaniały czas, świetni koledzy i muzycy. Oj, „jamowałby” 🙂 . Dla jasności, ja oczywiście byłem pewien, że to jest moja działalność poboczna, dziś powiedzielibyśmy sidemańska, bo przecież miałem wtedy już swoje kapele, w których grałem z myślą o podbiciu świata.

Dzisiaj twoje cv jest już maksymalnie zapełnione występami z polskimi i zagranicznymi gwiazdami. Jak to działa, że nagle chcą grać z tobą wszyscy, tak jak z tobą?

Nie chcę, żeby ktokolwiek pomyślał, że jestem zachłanny, ale ja nie mam takiego wrażenia. Ani w kwestii „zapchanego” kalendarza ani też tego, że wszyscy chcą ze mną grać. To tak nie działa. O obecność w świadomości kolegów czy artystów, nawet jeśli jesteś dobrym muzykiem, musisz zadbać.  Ja tego nie umiem robić, dlatego gram tylko tam, gdzie ktoś indywidualnie chce mnie do swojego projektu zaprosić. Ja po prostu nie umiem powiedzieć ” Hej, może bym z Tobą zagrał trasę ? ” albo „Może, ja nagram tą płytę?”. No nie umiem, żenuje mnie to trochę i nic na to nie poradzę. Mam więcej czasu, „mocy przerobowych” możliwości i przede wszystkim chęci, niż można by przypuszczać.  Od lat dbam o to, żeby nie brać sobie na głowę rzeczy, które spowodują dyskomfort innego artysty. Staram się nie dawać zastępstw, bo to jest zawsze kłopot dla zespołu, dyskomfort muzyka. Oczywiście, ilość terminów jest skończona i wszyscy grają w tych samych, ale od lat odpowiadałem zawsze szczerze – mogę , nie mogę” zamiast knuć i konfabulować, że jakoś „ogarnę” i że jakoś to będzie. Uważam, może niepotrzebnie, że nasza praca ma swój etos i tylko my mamy wpływ na to, jak jesteśmy traktowani, czy się nas szanuje i czy my szanujemy innych. Dla mnie jest to element mojego rozwoju, świadomości. Brzydzę się słowem „dżob”.  „Dżob” jest dla mnie określeniem stosunku do muzyki, może się teraz napinam, może wygłupiam, ale znam lepsze zajęcia do zarabiania kasy, niż gra na bębnach. Chciałbym grać z możliwie największą ilością muzyków, artystów, nagrywać niezliczone ilości płyt. Mam poczucie nieustannego głodu, potrzebę spełniania się na nowo. To jest całe moje życie, zawsze chciałem to robić. Jestem w tym 24h na dobę całym sobą. Dla jednych to handicap dla innych „dziwactwo” . Ktoś to ceni i szanuje, ktoś inny ma w czterech literach. Ktoś doceni lojalność, ktoś inny nie. Nie ma to dla mnie znaczenia, to nie mój problem. Ja chcę grać i rozwijać swoją pasję. Oczywiście, również godziwie z tego żyć . Ale to nie jest cel, tylko naturalne następstwo tego, co i jak robisz.

Podróżowałeś dużo po świecie, m.in. Kanada, USA. Miałeś wtedy czas i okazję przyjrzeć się, jak działa tamtejszy show biznes, czym się różni od tego, który działa u nas, czy może te różnice powoli się zacierają?

Rzeczywiście sporo grałem za granicą, ale to raczej były festiwale i showcase’y. Niewielką miałem styczność z showbiznesem. Raczej z organizacją, techniczną stroną tych przedsięwzięć, ekipami technicznymi i organizatorami. Różnica jest jedna, ale i ona się powoli zaciera. Mamy takie same graty, aparaturę, znamy się na niej, sceny są równie okazałe, a miejsca równie malownicze. Natomiast mamy mentalność spod szyldu „damy radę”. To jest zło! Pracowałem na różnych scenach, w dużym stresie i czasowym napięciu, ale nigdy nie spotkałem się z brakiem szacunkczy olewaniem swojej pracy. Oczywiście ludzie są rożni, bez względu na t, czy to Polska czy USA, ale jednak ten etos sceny jest u nas inny. Firmy nagłośnieniowe z panami „Zenkami” spod szyldu „wczoraj grała Maryla i było dobrze” nie mają racji bytu. Za granicą to się naprawdę nie dzieje na poziomie profesjonalnych scen. Tu się dzieje. Każdy, kto się tym zajmuje kilka lat, wie gdzie, w jakim klubie i co go czeka. Ale.. idzie ku lepszemu. Następuje zmiana warty. Mamy świetnych realizatorów, oświetleniowców, techników. To są spece, do Polski przyjeżdżają gwiazdy światowego formatu, jest gdzie podglądać. Tylko jeszcze tych „Zenków” gdyby się udało wyeliminować. Naprawdę, mógłbym mnożyć anegdoty do rana. Plątanina niedziałających kabli, koleszkowie wiedzący lepiej, że masz „złe” mikrofony do bębnów… . Pawle, kabareton przy tym, to szkółka niedzielna dla panien.

Warsztaty z Maćkiem Gołyźniakiem
Warsztaty z Maćkiem Gołyźniakiem

Płyta Granda z Moniką Brodką – genialna płyta, genialne twoje partie, całość absolutnie fantastyczna. Wspominam tę płytę, ponieważ wywarła na mnie ogromne wrażenie i miałem też przyjemność być na koncercie w Krakowie w Rotundzie, kiedy graliście trasę z tą płytą. Pamiętam, że wywaliło mnie z butów i zostałem zahipnotyzowany. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to ty ;-)… Jak się dzisiaj układa współpraca z Brodką?

Nie dźwigam tych komplementów, dzięki Ci serdeczne w imieniu bandu. Pracujemy już szósty rok ze sobą, zwiedziliśmy kraj wzdłuż i wszerz oraz kawał świata. W tej chwili Monika kończy płytę, mamy od sierpnia zeszłego roku przerwę aż do maja tego roku, więc jak widzisz, nie jest to ciągła zajętość. Jesteśmy po kilkunastu próbach z nowym materiałem, badamy się w tym nowym muzycznym środowisku. Zobaczymy, jak się ta współpraca będzie układać, co przyniesie nowa płyta i jakie decyzje z tym związane zostaną podjęte. Natenczas pracujemy nad nowym materiałem, nad jego koncertowym brzmieniem. Zmienia się troszkę instrumentarium, na pewno będzie też sporo wyzwań. Zobaczymy.

Czy myślisz że uda wam się kiedyś powtórzyć sukces, jaki udał się z płytą Granda?

Trudno mi odpowiadać na to pytanie, bo nie ja ten nowy materiał komponowałem. Nie wydaje mi się, żeby myślenie w ten sposób miało sens. Powtarzanie sukcesu, brzmi w pierwszej chwili, jak jego skopiowanie, a kto chciałby nagrywać identyczną płytę? Trudno mi powiedzieć, jestem tylko muzykiem zespołu a w przeciwieństwie do Grandy, zagrałem zaledwie w jednym utworze na nowej płycie, więc jest mi bardzo trudno odnieść się do tego pytania, bo nie mam nawet w tej chwili, żadnej więzi z tym materiałem, nie zdążyłem go poznać i przepracować.

Przejdźmy do zespołu Sorry Boys. Dla mnie kolejny genialny projekt. Płyta Vulcano jest dla mnie bardzo inspirująca i za każdym razem kiedy jej słucham, przeszywają mnie dreszcze. Kto jest kompozytorem tego świetnego albumu?

Wszystkie piosenki zaczęły się od wokalowych „rybek” Beli. Więc na tak postawione pytanie, odpowiedź brzmi – Bela Komoszyńska.

Jednak akurat Vulcano, w znaczącej większości powstało w sali prób, podczas wspólnego muzykowania, mniej lub bardziej spontanicznie.

Większość partii bębnów, było naturalną reakcją na emocje wynikające z zajawek wokalu i piana. Często moje aranże, rodziły się „tu i teraz” nawet w przerwach „na fajkę” , ponieważ nie palę. Zostawaliśmy z Belą na te kilka minut i prosiłem, żeby grała. „Słyszałem” te beaty w głowie od razu, od początku. „The Sun” , „Phoenix” i wiele innych. Tak to z grubsza wyglądało. Sporo rzeczy wydarzyło się też już na etapie rejestracji bębnów i instrumentów w ogóle oraz podczas produkcji. Świetny czas, uwielbiam te piosenki.

Czym się kierujesz kiedy piszesz partie perkusji i czy dzielisz to w jakiś sposób, np. na początku podstawowy groove, a później rozwijasz to melodycznie?

Wokalem. Zawsze słucham jak rozwija się linia wokalu. Po pierwsze nie przeszkadzać 🙂 . Myślę o tym, czy sam, stojąc pod sceną, pobujałbym się do takiego czy innego groovu. Ale też nie chcę się w tym zamykać. Kieruje się pierwszym wrażeniem, staram się grać „mniej” niż więcej i się nie wygłupiać. Piosenka jest najważniejsza. Oczywiście, zależy mi na stylowym zagraniu, na uwydatnieniu brzmienia instrumentu, ale nie mam jednej recepty. Słucham. Staram się ustępować miejsca innym instrumentom, ale też przejąć prym, jeśli mam przeczucie, że dany fragment należy podkreślić czy zaznaczyć. Staram się mieć „kulturalne” pobawione muzycznego egocentryzmu, podejście. Otwartość, unikanie patentów, sztosów i zagrywek. Nie wiem, czy to się udaje, ale myślę w ten sposób. Oczywiście, wracając do pytania, naturalnie, kiedy dana partia się „układa” w aranżu, zaczyna się zapinać z innymi instrumentami, pewnie nieco ewoluuje, ale staram się nie przeginać z natłokiem dźwięków w aranżu, w każdym razie na pewno nie w studio. W studio kultura wykonania musi być najwyższa, podobnie dbałość o detale i planowanie brzmieniowego efektu.

Projekt w Lubrzy - Studio

Nie jest to popularna muzyka, więc i odbiorcy muszą być wyszukani. Jak wygląda popularność Sorry Boyz, wypełniacie kluby?

Trasa po Vulcano była dla nas dużym sukcesem frekwencyjnym. Może nie były to oszałamiające ilości, ale kilkanaście klubów zostało wyprzedanych. Grało nam się znakomicie, ze świadomością pełnych sal. Bywało też mniej radośnie, bo zdarzyło się raz, że fanów było znacznie mniej, ale przyjęliśmy założenie, że zagramy całą trasę, bez względu na frekwencję. Chcieliśmy po prostu grać te piosenki.

Ciekawi mnie temat popularności, bo ona ma różne odbicia. Jaka jest różnica, kiedy przyjeżdżasz do klubu z popularną Brodką, a kiedy przyjeżdżasz z niszowym Sorry Boyz. Czy miałeś kiedyś związane z tym przygody, miłe i niemiłe i jak to odbierasz?

Miałem tych przygód ze dwie książki, a kolejne się piszą :-). To jest właśnie ta różnica, o którą pytałeś w pytaniu wyżej. Oczywiście, że jest różnica. Nie ma się co oszukiwać. Duże nazwiska robią duże wrażenie. Myślę, że ilość napotykanych kłopotów, może być podobna, tylko w przypadku dużych jak na naszą scenę produkcji, większość jest natychmiast załatwianych na etapie techniki i realizatorów tak dźwięku, jak i światła. Po prostu do nas to nie dociera, przyjeżdżamy z hotelu na soundcheck i wszystko jest gotowe, działa, stroi i czeka. W SB sytuacja jest nieco inna, bo pion techniczny jest skromniejszy. Większość fakapów spada nam na głowę w czasie rzeczywistym. Czasem już w drodze, jeszcze w busie wiemy już, że czegoś nie ma albo nie będzie, albo nie działa. Życie. Masz do wyboru strzelić focha, albo uszanować publiczność, która w sumie nie ma tego świadomości i w zasadzie nic ją to nie powinno obchodzić. W konsekwencji, zamiast odpocząć w hotelu godzinę czy dwie, mając parę setek km „w plecach”, robisz soundcheck do samego końca, czasem nawet nie zdążysz nic zjeść, przebiórka i scena. Nie sądzę, żebyśmy mieli czuć się tu „wyróżnieni”. Myślę, że gro zespołów boryka się z tymi samymi problemami. Problem w tym, że nawet jeśli organizator, klub, firma nagłośnieniowa, wiedzą, że dali ciała lub wręcz mają cię gdzieś od początku, zwyczajnie bez pardonu wykorzystają to, że jechałeś setki km i wystąpisz. Staniesz na głowie, ale wystąpisz. Bo co powiesz publiczności? Że Pan „klub” czy „Zenek”to patałachy? Co ich to obchodzi? Po prostu nie jedziesz tam następnym razem. W konsekwencji wszyscy na tym tracą. Ale nie jest mocną cechą tych ludzi przewidywanie konsekwencji, często chodzi o szybki zarobek. Taka jest codzienność.

Współpracowałeś również z zagranicznymi gwiazdami, z szwedzką wokalistką Velvet i belgijskim piosenkarzem Danzelem. Jak doszło do współpracy z tym gwiazdami?  

Z polecenia. Najprostszym sposobem. Do obu składów zaprosił mnie wybitny basista, taki mój „muzyczny ojciec” Filip Sojka. Filip zakończył wtedy pracę z Kayah i wpadały mu w ręce różne historie. Z Velvet zagrałem tylko kilka zastępstw, ale przedobrze to wspominam. Znakomita dziewczyna. Bardzo zgrabne rozrywkowe piosenki na światowym poziomie. Dłużej, bo dwie trasy, grałem z Johanem (Danzel – red.) . Oj dobry to był czas, fajny skład i kompletnie dla mnie inne środowisko muzyczne. Na początku z ukosa przyglądało mi się wielu kolegów, ale zwykle do momentu kiedy przychodzili na koncert, żeby zobaczyć jak to gramy 🙂 . Tak jak Ci wcześniej powiedziałem, nie tylko o muzykę tu chodzi, ale przede wszystkim o to, jak do niej podchodzisz i jak dobrze robisz to, czego od Ciebie oczekują. Poznałem mnóstwo interesujących osób w tamtym czasie, muzyków, managerów, techników. Widujemy się nadal, wszyscy poszli dalej. Z Johanem mam kontakt, bo to strasznie dobry chłopak jest, pracowity i świadomy czasu, miejsca i tego co robiliśmy.

John Bonham, to twój największy perkusyjny idol. Co takiego ujęło cię w jego graniu, że stał się dla ciebie tak ważny?

Wiesz, w sumie nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Bohnam nie był kompletnym perkusistą w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Trudno więc znaleźć w nim jedynego idola na całe życie.

Sam wiesz najlepiej, że kiedy się jest dzieciakiem, po prostu potrzebujesz wzoru. Ja trafiłem na taki i mnie wciągnął. Fantastycznie brzmiał, był bezkompromisowy ale muzykalny na instrumencie. W tych armatnich salwach, które z siebie wystrzeliwał był jednocześnie nieokrzesany ale i wyjątkowo ich świadomy. Miał genialne forte i znakomite piano. Dla mnie to był kompletny rockowy muzyk, nowatorski, finezyjny, świadomy i surowy zarazem. No i grał genialnie stopą. Wtedy nikt tak nie grał. Był też prostym chłopakiem, pracował na roli na farmie ojca, nie był fircykiem z najlepszego college`u jak Nick Mason z Floydów 🙂 . Dla mnie absolutny Bóg. Jeśli jest gdzieś bębniarz, który go nie zna lub nie słyszał, czas sprzedać graty 🙂 .

IMG_4073

Twoja muzykalność jest ogromna. Twoje granie nie jest zwykłym stukaniem, to po prostu poezja, którą wyśpiewujesz swoim graniem. Czy to wzięło się z słuchania dużej ilości dobrej muzyki?

Pawle, słabo sobie radzę z komplementami :-), ktoś gotów pomyśleć, że to ustawka. Piękne dzięki. Nigdy nie postrzegałem tego w ten sposób. Po prostu, staram się grać dla muzyki, dla piosenki. Wydaje mi się, że to jest istota rzeczy. Już o tym wspominałem z resztą w tym wywiadzie. Myślę, że zdecydowanie słuchanie muzyki, pobudza muzykalność. Ma jednak pewną wadę, trzeba być czujnym w kwestii kopiowania. Styl, sposób myślenia czy budowanie frazy, to bez wątpienia należy wręcz studiować. Spisywać pewne rzeczy. To rozwija. Natomiast ślepe ich kopiowanie to, moim zdaniem, nomen omen, ślepa uliczka. Trzeba mieć dużo samozaparcia, żeby nie korzystać z gotowych rozwiązań, ale po co na świecie „gorszy”  Aaron Spears? . Praca nad własnym „językiem” na instrumencie, kolorem, brzmieniem przyniesie więcej pożytku, niż stawanie w szranki z kimkolwiek. Najszybsze ‚jedynki” na świecie? to jak konkurs na „kto zje 3,5 kg kanapkę ze steakiem” – bzdura.

Jak wspominasz występ na Warsaw Drum Festival, czy wszystko poszło po twojej myśli i jak oceniasz to wydarzenie perkusyjne?

Całe to wydarzenie wspominam bardzo dobrze, bo samo zaproszenie, traktuję jako wielki zaszczyt. Tylu moich znakomitych kolegów przyszło na warsztaty, tylu wspaniałych muzyków festiwal gościł, że musiałbym być zwyczajnie głupi, żeby się nie cieszyć. Było troszkę ciasno z godzinową rozpiską, szczególnie, że jestem gadułą i prowadzę warsztaty w oparciu o interakcję, nie zaś o „teraz zagram tak, a potem tak”. Ale to są minimalne potknięcia, do poprawy na następną edycję. Sama inicjatywa jest genialna. Myślę, że gdyby organizatorzy, wciągnęli do kooperacji w ramach doradztwa kilka osób, Maćka Nowaka naczelnego Perkusisty, może któregoś z jego edukatorów, doświadczonego w targowym boju dystrybutora, pewnie poszło by to ciut bardziej gładko. Ale to są niuanse. Ja nie odczułem, poza tymi napięciami czasowymi, większych niedogodności. Jak już wspomniałem, towarzyszyło mi przekonanie, że to dla mnie zaszczyt i zwyczajnie, nie chciałem nikogo zawieść.

Jesteś zapracowanym muzykiem więc domyślam się że temat edukacji jest dla ciebie dodatkowym zajęciem i nie łatwo jest cię zaprosić na warsztaty czy umówić się z tobą na lekcję?

I tak i nie. Są takie okresy, kiedy rzeczywiście kalendarz się kurczy, ale z reguły czasu mam więcej, niż mógłbyś przypuszczać. Tak jeśli chodzi o koncerty, jak i warsztaty.

Propozycji warsztatów jest coraz więcej i mnie to cieszy, lubię ten kontakt, bardzo mnie on inspiruje i motywuje. To jest też ogromny wydatek energii, ale feedback z nawiązką mi to rekompensuje. Jeśli byli by chętni do zorganizowania warsztatów, jestem otwarty.

Jeśli zaś chodzi o lekcje, ja się nie czuję edukatorem. Ale rzeczywiście próśb o udzielanie lekcji jest mnóstwo. Więcej niż mógłbym przypuszczać. Na razie, odsyłam zainteresowanych z kwitkiem.

Jesteś endorserem marki DW. Zadowolony jesteś z wyboru DW i współpracy z Krystianem Czarneckim?

Dokładnie nie pamiętam, ale za chwilę będzie 10 lat, jak ze sobą współpracujemy. Więc znamy się już dość dobrze 🙂 . Moim zdaniem sposób, w jaki Krystian prowadzi markę DW Drums, jest wzorcowy, jeśli spojrzymy na rynek polski. Oczywiście ktoś powie, terminy realizacji, braki na magazynie itd., ale ja wtedy powiem, spróbuj tym operować przez Ocean i nie nabijać cen kosztami transportu. To są dla mnie drugorzędne sprawy. To jest kwestia planowania swoich potrzeb. Pewne rzeczy muszą być na zamówienie i już. Dosłownie kilka, jeśli nie jedną firmę dystrybucyjną stać na pełne magazyny. DW to marka przede wszystkim customowa. Bębny zamawia się indywidualnie. Ale nie chcę być adwokatem kogokolwiek. Mamy z Krystianem dobry „przelot”. Czasem się różnimy, ale zwykle dość dobrze rozumiemy. Krystian bardzo mi pomógł na początku naszej relacji z DW, mam nadzieję, że z nawiązką odpłaciłem się swoją lojalnością.

Co do samych instrumentów. Relacja z ludźmi to jest endorsement. Nie instrumenty. W prawie każdej topowej firmie znajdziesz wybitnie brzmiący instrument. Reszta należy do Ciebie. Ale jeśli Twoją lojalność, czy potrzeby, dystrybutor będzie miał gdzieś, w końcu jakiś rodzaj frustracji się pojawi. Ja wybrałem DW, bo mnie zaskoczyły swoim brzmieniem. Szukałem tłustych punchowych bębnów, z możliwością wręcz nienaturalnie niskiego stroju. do tego potrzeba znakomitego wykonania. DW jest wykonane wybitnie. Widziałem fabrykę, znam Johna Gooda, wiem o tych bębnach sporo. Oczywiście, nic nie jest na całe życie i nie wiadomo, co owo życie przyniesie, ale DW Drums robi znakomite, czasem wybitne zestawy bębnów. Dbałość o detal jest tu niewiarygodna. No i hardware. Jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy na świecie.

Jestem też endorserem blach Istanbul Agop. Tu obowiązuje mnie kontrakt „A”. Czyli optymalny dla muzyka na świecie. Jest to sytuacja, której życzę absolutnie każdemu muzykowi. Nie jest to jedynie kwestia kosztów, ale przede wszystkim bezpośredniej relacji z Istanbul Agop, co pozwala omijać zatory dystrybucyjne i daje możliwość wyboru konkretnych talerzy, np. w fabryce.

Ale i tu nie bez znaczenia jest fakt, że faceci z Agopa, to przedobrzy ludzie, świetni fachowcy i muzycy, ale przede wszystkim prawdziwi przyjaciele. Mamy  znakomitą relację i partnerską umowę. Widujemy się częściej niż z niejednym polskim dystrybutorem. Temat genialnych blach zostawmy na kiedy indziej :-).

IMG_6491

Czy używasz różnych konfiguracji w zależności od projektu, w jakim grasz, czy masz jeden stały set i niezmiennie się go trzymasz?

Mam tę możliwość, że mogę dobierać instrumenty pod kątem wykonywanej muzyki. Długo na to pracowałem i kosztowało mnie to sporo wyrzeczeń, ale wyznaje zasadę, że chcę dać Artyście z którym pracuję, najlepsze co mam. Brzmienie jest dla mnie podstawą i nie traktuje sprzętu po macoszemu. Oczywiście, mogę też zagrać na wszystkim, ale jeśli jest wybór? Mam swoje dość specyficzne brzmieniowe zapatrywania, dlatego potrzebuję do tego odpowiednich narzędzi do pracy.  Z Moniką mój set ewoluował wraz z muzyką, którą graliśmy na przestrzeni tych prawie szcześciu lat. W tej chwili, w nowym materiale, gram bardzo otwartym brzmieniem klonu, organicznym, jest w nim dużo rezonansu takiego naturalnego wybrzmienia, pełnego alikwotów. Z Sorry Boys używam z kolei ciepłego punchowego, prawie bez atakowego brzmienia mahoniu z topolą. Takiej vintage’owej kombinacji. Z Natalią stroję się ciut wyżej i mam mniejsze tomy, żeby odsłonić dół i uciec troszkę z pasma syntezatorów i basu. To chyba taki najbardziej „sportowy” mój zestaw. Też z klonu. Jest sporo możliwości i staram się je wykorzystywać świadomie. W końcu raz się żyje, bawmy się też trochę przy tym.

Skoro mówimy o sprzęcie, to zapytam cię jeszcze o pałki. Jakie znaczenie ma wybór odpowiednich pałek dla siebie, w jaki sposób dobierasz idealną parę dla siebie, jakie szczegóły mają znaczenie?

Nie masz wrażenia, że to trochę jak z przejażdżką autem kumpla? Czyjeś zwykle wydaje się być „lepsze”. Pałki muszą mieć swoją wagę i długość. Mam długie ręce i dźwignia jest inna. Wolę dłuższe pałki. Ale kluczowe jest dla mnie lakierowanie, lub malowanie. Pałki w naturalnym wykończeniu „lecą” mi z rąk. A bardzo nie lubię się trzymać pałki. Blokuje to aparat, który i tak zawsze jest do poprawy 😉 . Od lat jestem wierny Vic Firthowi, walczę SBRem czyli sygnaturą Buddyego Richa z drewnianą główką.

Projekt w Lubrzy - Studio

Maćku, czy jest jeszcze coś czego nie zrobiłeś w muzyce, bo ja mam wrażenie, że ty osiągnąłeś już wszystko?

Znów pomyślisz, że kokietuję. Ja mam wrażenie, jakbym nic nie zrobił. Mam głód pracy. Nagrywania, koncertowania, rozwoju. Zastoje, a jest ich sporo, staram się wykorzystywać na swój rozwój. Ale chętnie gram z nowymi, często młodymi artystami. To jest świeże, ożywcze, bezkompromisowe. Mam szczęście od lat do śpiewających kobiet. Jakiś czas temu Marzena Ugorna, zaprosiła mnie do koncertu Blues Symfonicznie. Bardzo dla mnie ożywcza praca. Poważne aranże na orkiestrę, „kwity” , praca z dyrygentem. Bardzo rozwijające, szczególnie, że z racji obowiązków z rzadka takie granie wpadało mi w ręce. Duża nauka. Ogromna przyjemność.

Chciałbym robić ile pozwoli czas i zdrowie. Czuć progres. Od czasu do czasu poczuć się dla kogoś ważnym na scenie, mieć poczucie spełnienia. To jest paliwo dla naszego „ego”. Kto zrozumie ten mechanizm, ten dostanie od swojego muzyka więcej niż przypuszcza. Nie na darmo mówi się, że człowiek doceniony, zrobi więcej niż oczekują.  A czy osiągnąłem wszystko? niech Bóg broni od takiego stanu, tyle jest jeszcze do zrobienia.

Wielkie dzięki za wywiad ;-)…

To ja dziękuję Pawle, to duże wyróżnienie.

 

Rozmawiał: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: archiwum Maciek Gołyźniak