Radek Owczarz… Gadająca Owca ;-)…

 Wiele lat czekałem na taki wywiad i wreszcie się doczekałem tej wyjątkowej chwili. Oczywiście trzeba szczęściu trzeba pomóc, ale na pewne sytuacje nie mamy wpływu, niektóre muszę się wydarzyć, może przypadkiem, może dzięki przeznaczeniu, ale muszą mieć naturalnie swój czas. Ten czas nadszedł i bardzo się cieszę, że mogę gościć w moich dziennikarskich progach tak szczególnego muzyka/perkusistę polskiej sceny rozrywkowej.

Jest nim człowiek, którego najczęściej zapraszają jako muzyka sesyjnego w naszym kraju polskie gwiazdy, a na stałe również współpracuje z wieloma wyśmienitymi muzykami polskiej sceny. Czy aż tak bardzo da się lubić i za co? Jedni mówią, że to jeden z najlepszych groove masterów w Polsce, drudzy, że po prostu szalony i nie da się go nie lubić… a co mówią jeszcze inni? Nie ważne… 

          Nie należy do perkusistów, którzy wymiatają z lewej strony w prawą, do góry i w dół i jeszcze za siebie, grając w jednej minucie tysiące uderzeń. Nie jest typem artysty pchającego się na pierwsze  strony gazet, a mimo to jest jednym z najbardziej zapracowanych perkusistów w Polsce… Jako to robi?

Po prostu kocha grać na perkusji… 

Owczarz-Radoslaw-perkusja

Twoja kariera rozpoczęła się w bardzo młodym wieku, miałeś wtedy kilkanaście lat i wypłynąłeś na głęboką wodę. Pamiętasz dokładnie, kiedy to było i co wtedy grałeś?

Pochodzę z niewielkiego miasta, Jelcz-Laskowice ,pod Wrocławiem. Urodziłem się  w 1978 roku ,więc na moje dzieciństwo przypadały dość „szare czasy”. Jedyną opcją było granie w piłkę i chodzenie po drzewach. Ale dzięki mojemu tacie, który był perkusistą, po raz pierwszy usiadłem za bębnami, miałem wtedy trzy lata. Tak się to wszystko zaczęło. Właściwie ten moment był kamieniem milowym mojego przyszłego życia. Pojawiła się wartość dodana, łut szczęścia, coś, co pozwoliło mi wyrwać się z tej szarej strefy. Oczywiście teoretycznie, nie sądziłem wtedy, jak ciężka czeka mnie droga.

W skrócie.

Do 15 roku życia, grałem w lokalnych Jelcz-Laskowickich kapelach. Na szczęście miejscowość, w której żyliśmy, nie wydała na świat wielu perkusistów, więc byłem „rozchwytywany” :-). Jednym bandem grałem punk-a, z drugim bluesa /z tym zespołem w 95r. miałem przyjemność wystąpić w katowickim Spodku, na festiwalu Rawa Blues/ , a z innymi rocka itd. itp.

W pewnym sensie skonfigurowało mnie to jako perkusistę, do dziś obracam się w takich właśnie gatunkach.

W wieku 15, 16 lat podjąłem decyzję o wyjeździe do Wrocławia i spróbowaniu swoich sił na tamtejszej scenie muzycznej. I tu znów pomogło mi szczęście, ponieważ trafiłem tam na wspaniałych muzyków, którzy bardzo mi pomogli i wprowadzili mnie w ten wtedy bardzo prężny światek.  Wszystko, co działo się dalej, z roku na rok nabierało większego tempa, coraz więcej koncertów, zespołów, projektów i oczywiście większych marzeń :-). Po kilku latach spędzonych we Wrocławiu, za namową kolegi, przeprowadziłem się do Warszawy. Mieszkam tu od kilkunastu lat i wciąż gram na bębnach :-).

Byłeś poukładanym chłopcem i słuchałeś się rodziców, czy raczej byłeś typem buntownika, czyli pałki w plecaku, włóczenie się po klubach i rock’n’roll?

Raczej to drugie… ale bez przesady.

W sumie, musiałem być zorganizowany, ćwiczenie na bębnach i sport wymusiły na mnie pewnego rodzaju systematyczność :-). Z drugiej strony, wcale grzecznym chłopakiem nie byłem :-).

Sukcesy w twoim życiu zawodowym przyszły bardzo szybko, a jednym z nich był program rozrywkowy BAR. Napisałeś muzykę dla tego programu i grałeś w nim z swoim zespołem, a więc pojawiły się niezłe pieniądze. Ogromna odpowiedzialność na barkach młodego chłopaka. Czułeś wtedy, że chwyciłeś Boga za nogi?

Patrząc na to z perspektywy, granie w „Barze” było dla nas dużym doświadczeniem, 99% programów odbywało się na żywo, co najmniej 5 razy w tygodniu, w pięciu, czteromiesięcznych seriach. Poznaliśmy od podszewki, na czym polega praca w takich okolicznościach i jak cenny jest czas antenowy :-)…

Jak długo trwała twoja przygoda z Barem i czy realizowałeś w między czasie jakieś inne projekty?

W trakcie trwania programu zadzwonił do mnie Wojtek Olszewski, basista, z którym graliśmy we Wrocławiu, w różnych projektach. W tym czasie pracował już w Warszawie z Renatą Dąbkowską i zaproponował mi dołączenie do jej zespołu 🙂 Nie zastanawiałem się długo, postanowiłem połączyć życie wrocławskie z życiem w stolicy. Nie było to łatwe, ale czułem szanse na rozwój .

Wolisz pracować sesyjnie czy na stałe z zespołem, co daje ci więcej satysfakcji?

Formalnie są to dwa różnie światy, będąc członkiem zespołu, jesteś współodpowiedzialny za wszystko, od muzyki, którą tworzymy, po standard hotelu, w jakim będziemy mieszkać.  W OCN, zespole, w którym mam przyjemność grać, ustanowiliśmy ustrój zwany demokracją kontrolowaną :-). Maciek ma pakiet większościowy, co w praktyce oznacza, że w sytuacjach spornych, on ma prawo wyboru ostatecznego :-).

Praca side-man’a niesie za sobą również dużą odpowiedzialność, ale koncentruje się ona głównie wokół muzyki . Mam to szczęście, że pracuję z artystami, którzy potrafią stworzyć bliższą atmosferę, niż tylko chłodne, zawodowe relacje pracodawca-pracownik. Myślę, że przekłada się to na poziom muzyczny zespołu, daje poczucie pewnej swobody, która otwiera furtkę na wprowadzenie odrobiny własnej osobowości w dźwięki. Dla mnie jest to również świadectwo zaufania i szacunku dla instrumentalisty.

1

W pewnym momencie nastąpiły zmiany i przyjechałeś do Warszawy. Czy było to konieczne dla ciebie?

Tak. Dla mojego rozwoju i życia osobistego był to kamień milowy.

Myślisz, że Warszawa to jest to złote miejsce, gdzie wszystko się dzieje i trzeba się spakować i tam wyjechać, żeby zrobić karierę, rozwijać się i spełniać muzyczne marzenia, czy trzeba robić swoje, być profesjonalistą i czekać na szczęście?

Czekanie na szczęście jest jak czekanie na Godota, może się nigdy nie pojawić :-)…

Ponadto, marzenia są bardzo subiektywne, moje wiązały się z wyjazdem do Warszawy, ponieważ jedynie tam mogłem je zrealizować.

Twoja najzabawniejsza historia, którą przeżyłeś w trasie koncertowej, podczas nagrania w studio lub w trakcie podróży na koncert lub do studia?

Na jedno z nagrań nie spakowałem tomów. Miałem przy sobie około 20 werbli, ze 100 blach, a nie wziąłem tomów. Na szczęście zorientowałem się przy wypakowywaniu gratów, zmówiłem taksówkę, która dowiozła mi je do Sulejówka, do studia i skończyło się happy endem. Fuks polegał na tym, że trzymałem sprzęt u kolegi, w jego prywatnej sali prób, dzięki temu wiedział, co spakować :-)…

Ciekawi mnie bardzo, jak wygląda twoje przygotowanie do nagrania sesyjnego. Np., dzwoni do ciebie Beata Kozidrak i wtedy już wiesz, że do tego nagrania musisz zabrać taki zestaw bębnów, taki zestaw talerzy, taki werbel, takie naciągi, żeby to brzmiało idealnie do tej muzyki?

Zwykle kontaktuje się ze mną producent płyty, nagrania i ustalamy szczegóły, począwszy od instrumentarium skończywszy na wynagrodzeniu lub odwrotnie :-). Czasem wysyła mi nagrania, czasem nie, zwykle i tak cała praca ma miejsce w studio. Często zainspirowany jakimś brzmieniem potrafi przewrócić piosenkę do góry nogami i w rezultacie piosenka ma kilka wersji, ale to już nie moje zmartwienie :-).

Jadąc na nagranie, hołduję zasadzie -„lepiej mieć więcej ,niż mniej”, oczywiście sprzętu .

Dlatego moje auto zawsze jest zapakowane na maksa, często cierpi na tym mój kręgosłup, ale czego nie robi się dla sztuki.

5

A muzycznie, rozpisujesz sobie utwory w domu i trenujesz czy przyjeżdżasz do studia, słuchasz numeru, spisujesz i nagrywasz?

Stosuję swój autorski zapis, jest bardzo prosty i dla mnie, najbardziej czytelny.

Kontynuujmy sesyjne granie. Gdybym przyszedł do ciebie i zapytał się, co muszę zrobić, żeby zostać sesyjnym muzykiem, co byś mi doradził?

Słuchaj radia :-).

Jesteś jednym z najbardziej zapracowanych muzyków w Polsce, więc tym bardziej cieszę się, że znalazłeś czas, żeby porozmawiać. Czy zawsze byłeś tak zapracowany czy to przyszło z czasem?

W tej chwili najważniejszą rzeczą dla mnie jest zachowanie balansu między pracą a rodziną. Dawniej wyjeżdżałem z domu, w trasę na dwa miesiące i myślałem, że tak właśnie chcę żyć, chciałem tylko grać na bębnach i to mi wystarczyło. Dzisiaj jest inaczej, tęsknoty za synem nie da się niczym zaspokoić, dlatego balans pracy i czasu wolnego jest tak ważny.

Zauważam, że ci, którym się udało, mówią – trzeba pracować i jeszcze raz pracować i reszta przyjedzie sama, ale ci, którym się dotychczas nie udało, często mówią – cholera, nie mamy szczęścia. Wychodzi na to, że punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Co ty o tym myślisz, co według ciebie wpływa na sukces, jest jakaś złota reguła?

10%talentu, 70%pracy, 10%szczęścia

Jesteś już bardzo długo na scenie, przeżyłeś wiele i w sumie mógłbyś powiedzieć dość. Miałeś kiedyś taki moment, że chciałeś zmienić swoje życie zawodowe o 180 stopni i zacząć robić coś całkiem innego?

Gdybym nie był tak uparty, na pewno już dawno rzuciłbym granie na bębnach!

owczarz-radek3

Kiedyś byłeś bardzo dobrze zapowiadającym się sportowcem, a jednak ostatecznie wybrałeś muzykę, spory przeskok. Co przeszkodziło ci w sportowej karierze?

Kontuzje. Wielu z moich kolegów przeżyło życiowe tragedie z tego powodu. Ja, na szczęście, miałem jeszcze granie na perkusji. Myślę, że właśnie uprawianie sportu wypracowało we mnie tą upartość w dążeniu do celu.

Myślę, że wszystko co dzieje się w życiu człowieka, ma jakiś sens, więc ja się cieszę, że zostałeś perkusistą,  bo przynajmniej mamy solidny groove na polskim rynku, Groove jakich dzisiaj mało…

Groove nieznanego żołnierza :-)…

Oprócz sesyjnych nagrań i koncertów, pracujesz z kimś obecnie na stałe?

Od wielu lat pracuję z Edytą Bartosiewicz i Patrycją Markowską. Niedawno zacząłem współpracę z Beatą Kozidrak w jej solowym projekcie, z którym jesteśmy w trakcie nagrywania płyty, oraz z Janem Borysewiczem i Wojtkiem Pilichowskim, w zespole Jan Bo., z którym również kończymy rejestrację nowego albumu.

Oprócz pracy z wymienionymi artystami, jestem członkiem zespołu OCN, razem z moim przyjacielem Maćkiem Wasio i wieloletnim kolegą Michałem Kalecińskim. W tym roku wydaliśmy drugą płytę zespołu, pt. Demon i karzeł.

W wolnych chwilach, kiedy nie nagrywasz i nie grasz koncertów, prowadzisz warsztaty perkusyjne, m.in. w Jaworkach. Czego najczęściej oczekują od ciebie uczestnicy, nad czym najwięcej pracujecie lub co jest największą zmorą młodych perkusistów, których ego, bardzo często bywa większe od umiejętności?

Fakt że młodzi ludzie, w niektórych wypadkach, jadąc przez całą Polskę, potrafią poświęcić cenny czas i ciężko zarobione pieniądze na spotkanie z wykładowcami i robią to dla zdobycia wiedzy, zasługuje na wielki szacunek. Możliwość rozmawiania, uczenia się i jamowania z najlepszymi muzykami w Polsce daje im naprawdę niepowtarzalną możliwość zrozumienia, przynajmniej po części, na czym polega życie i bycie muzykiem. Jedyny haczyk polega na tym, że wiedzę tą muszą potrafić wykorzystać. Rozwijając tę myśl, nawet najlepszy nauczyciel nie spowoduje tego, że zaczną z dnia na dzień grać lepiej. Jedyną metodą jest wykorzystanie zdobytej wiedzy podczas pracy nad sobą, w ćwiczeniówkach, w kontaktach z innymi muzykami, na scenie czy w studio.

6

Co najbardziej jara cię w graniu na perkusji i w jaki sposób troszczysz się o swoja grę, żeby była płynna, czysta i osadzona jak należy?

Granie na perkusji jest integralną częścią mojego życia, a w nim staram się utrzymać balans. Balans między rodziną, muzyką, ćwiczeniem, trasami, imprezami… itd.

Na koniec chciałbym zapytać, gdzie można cię spotkać w najbliższym czasie, koncerty, warsztaty?

Zapraszam na koncerty z artystami z którymi mam przyjemność współpracować, czyli Patrycja Markowska, Edyta Bartosiewicz, Jan Borysewicz /Jan Bo/, Beata Kozidrak /solo/.

Jeszcze raz wielkie dzięki, że znalazłeś czas, żeby porozmawiać ;-)…

Dziękuję i pozdrawiam czytelników Twojego bloga :-).

 

Materiał zrealizował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: archiwum Facebook, Google, Zidjian Day.