Tomek Machański

          Dzisiaj coraz trudniej usłyszeć od młodych perkusistów, że Phil Collins to człowiek, który zmienił mój świat, a wręcz przewrócił go do góry nogami. Zespół Genesis to dzisiaj już klasyka na rynku muzycznym, ale bez tej grupy i Phila, nie byłoby Tomka Machańskiego.

Grunt to mieć dobre wzorce pobudzające nasze fantazje o zostaniu artystą. Dla Tomka to był idealny strzał, który wprowadził go w muzyczny świat już od najmłodszych lat. Dodatkowym atutem są jego wspaniali rodzice, którzy również są artystami i dlatego też w jego rodzinnym domu nigdy nie brakowało dobrej muzyki.

Miałem przyjemność poznać Tomasza bliżej na Warsztatach Muzycznych w Jaworkach w zeszłym roku, gdzie spędziliśmy cały tydzień na rozmowach i ćwiczeniach. Tomek jest absolutnym profesjonalistą, traktuje to, co robi, absolutnie poważnie, ale z uśmiechem na twarzy. Jest wszechstronnym muzykiem i nie boi się wyzwań.

Obecnie współpracuje z Wojtkiem Pilichowskim, uczy w prywatnej szkole perkusji DrumSetPro School, jest wykładowcą na warsztatach w Muzycznej Owczarni w letniej i zimowej edycji oraz studiuje na Akademii Muzycznej.

Tomek wychował się na muzyce, która dzisiaj jest już dla nas klasyką, jednak świetnie idzie mu rozwijanie się w nowoczesnej stylistyce. Radzi sobie doskonale z nowoczesnym światem dźwięków i rytmów, chłonąc nowinki muzyczne i technologiczne. Doskonale wie czego chce i podąża swoją drogą konsekwentnie, będąc w 100% sobą.

big foto

Tomku, jak rozpoczęła się twoja przygoda z muzyką, czy to tradycja rodzinna, czy po prostu pokochałeś muzykę?

Na pewno tradycja rodzinna – mam rodziców wokalistów, obydwoje ukończyli Akademię Muzyczną w Katowicach na wokalistyce. Mama rozrywkę, a tata klasykę.  Nie mogę jednak zaprzeczyć, że pokochałem muzykę – już od najmłodszych lat byłem „karmiony” programem MTV oraz rozmaitymi płytami największych wykonawców muzyki rozrywkowej i klasycznej. To właśnie w MTV zobaczyłem m.in. mojego pierwszego bohatera – Phila Collinsa.

Pamiętasz ten moment, kiedy poczułeś, że chcesz grać na perkusji?

Moje zamiłowanie do perkusji narodziło się w momencie obejrzenia koncertu Phila Collinsa z drugiej solowej trasy – No Jacket Required – z Dallas w Texasie z 1985 roku. Genialny i energetyczny koncert, podczas którego Phil zauroczył mnie swoją charyzmatyczną grą na perkusji. Był to mniej więcej rok 1992. Oczywiście koncert nagrany na kasecie VHS zdobyli od znajomych rodzice. Dodatkowo na kasecie znajdował się też koncert z Perkins Palace z 1982 roku – z pierwszej trasy Phila Collinsa, po płytach Face Value i Hello, I must be going.

Wiem, że jesteś fanem Genesis, więc domyślam się, że to Phil Collins był twoją inspiracją, zgadza się czy nie trafiłem?

Dokładnie. Phil to moja pierwsza i chyba największa inspiracja, która tak naprawdę ciągle we mnie tkwi i motywuje do działania. To od Phila złapałem bakcyla do gry na perkusji, na instrumentach klawiszowych, a także do śpiewania.

Pierwszy zestaw?

Pamiętam do dziś. Kultowe Amati w bordowej okleinie, z werblem w złotej okleinie. Tomy 10×8, 12×10, 13×11, 14×12, floor tom 16×16, stopa 22×14, werbel 14×5,5. Do tego zestaw blach Amati – hihat 14”, crash 16”, Ride 22” (one pochodziły z wyższej serii Amati) oraz dokupione po około pół roku ride 19” i splash 12”. Zestaw ten dostałem
w Mikołajki w 1993 roku – miałem wtedy 5 lat.

1

Widziałem twoje zestawy w rodzinnym domu i zrobiły na mnie ogromne wrażenie, poczułem się przez chwilę, jakbym był w domu Phila Collinsa – wow! Jak ty to ogarniasz?

Cenię sobie różne możliwości brzmieniowe, stąd ta „gromadka”. Ponieważ zakładam
w swoim warsztacie jak największą wszechstronność, to dlatego też uważam, że powinienem mieć możliwość rozwijania różnych kierunków muzycznych właśnie dzięki różnorodnie brzmiącym zestawom bębnów, blach, a także dzięki różnorodnym narzędziom w postaci rozmaitych pałek, miotełek, rodsów, pałek z filcami i innych. Wbrew częstym pytaniom moje rozstawione na stałe instrumenty to nie muzeum, tylko właśnie warsztat rozwoju umiejętności.

Jesteś absolutnym pasjonatom?

Zdecydowanie tak. Oddanie muzyce, instrumentom, całej sztuce, warsztatowi to coś, co sprawia mi ogromną przyjemność i co nieustannie chcę rozwijać.

Czy oprócz perkusji, grasz jeszcze na jakiś instrumentach, komponujesz?

Tak. Również zainspirowany przez Phila Collinsa zacząłem ćwiczyć grę na instrumentach klawiszowych, a później na gitarze basowej. Komponuję, aranżuję,
a nawet czasem produkuję rozmaite utwory. Obecnie jestem w trakcie przygotowywania materiału dla młodego wokalisty Tymka Brzezińskiego. Jestem autorem muzyki
i tekstów, a także odpowiadam za aranżacje i produkcję utworów. Ostatnio mieliśmy ogromną przyjemność nagrywać pierwszy utwór w studiu MAQ Records w Wojkowicach – oprócz mnie grającego na perkusji i instrumentach klawiszowych pojawili się Kosma Kalamarz na gitarze basowej oraz Przemek Hanaj na gitarach. Całość realizował Maciek Stach.

Porozmawiajmy o warsztatach w Muzyczej Owczarni w Jaworkach. Rozpoczynałeś jako uczeń, a teraz jesteś tam wykładowcą. Opowiedz mi o tej przygodzie, bo jestem bardzo ciekawy tej historii.

Wszystko zaczęło się w bodajże 2007 roku, kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Jaworek na warsztaty, zachęcony przez Kamila Barańskiego – ówczesnego wykładowcę klasy instrumentów klawiszowych, a także dowódcę combo bandu akompaniującego wokalistom. Był to ostatni rok, kiedy warsztaty miały tylko jedną turę. Zapisałem się wtedy na zajęcia z perkusji. Pod czujnym okiem Tomka Łosowskiego i Artura Malika spędziłem intensywny tydzień pracy nad techniką. Następnego roku pojawiły się już dwie tury – wtedy zapisałem się na perkusję oraz na instrumenty klawiszowe (klasę instrumentów klawiszowych prowadził Łukasz Kowalski). Podczas warsztatów zostałem zaproszony na kolejny rok przez Marka Radulego do combo bandu. Było to dla mnie ogromne wyróżnienie, za które jestem do dziś bardzo wdzięczny. Kolejne lata to intensywna praca w zespole akompaniującym wokalistom, gdzie przerobiliśmy ogromne ilości piosenek, zdobywając tym samym kolejne muzyczne doświadczenia.

Czy również tam nawiązałeś współprace z Wojtkiem Pilichowskim?

Dokładnie tak. Niecałe dwa lata temu Wojtek zaprosił mnie do współpracy w jego projekcie Pilichowski Band oraz do kadry warsztatów w klasie perkusji. To były kolejne ogromne wyróżnienia, za które jestem bardzo wdzięczny i które tym bardziej motywują mnie do działania.

4

Jak to było, polubiliście się i Wojtek zaprosił Cię do składu?

Wojtek wspominał, że już przez kilka lat mnie obserwował i postanowił dać mi szansę – zaprosił mnie do współpracy.

Jak układa się współpraca z Wojtkiem i jakie plany na przyszłość?

Współpraca przebiega świetnie. Jesteśmy po premierowym koncercie płyty Electro Step Live, nagranej w studiu Radia Szczecin. Koncert natomiast odbył się w klubie Chwila w Warszawie. Przybyło bardzo dużo ludzi, niesamowita energia i wspaniały odbiór. Co więcej – pojawiło się całkiem dużo „Jaworkowiczów”.

Jesteś bardzo aktywnym perkusistą. Studiujesz na Akademii Muzycznej
w Katowicach, współpracujesz z Wojtkiem Pilichowskim, uczysz gry na perkusji w DrumSetPro School i prowadzisz warsztaty w Muzycznej Owczarni w Jaworkach. Jak Ty to wszystko godzisz?

Nie jest to łatwe zadanie, tym bardziej że dochodzi do tego jeszcze życie prywatne, które też jest dla mnie bardzo ważne. Muszę przyznać, że czasu na rozrywkę i odpoczynek
w zasadzie nie mam. Na wakacjach nie byłem już ponad dwa lata, gdzie wcześniej co roku odwiedzałem jakieś miejsce chociażby na tydzień. Mimo tego absolutnie nie narzekam! Jest to moim zdaniem naturalna konsekwencja tak przyjętych na siebie zobowiązań oraz chęci rozwoju muzycznego.

Zadowolony jesteś z Akademii Muzycznej w Katowicach?

Bardzo. Jest to dla mnie odkrywanie kolejnych interesujących mnie aspektów gry na perkusji. Ale nie tylko. Z racji, że gram na instrumentach klawiszowych, to przedmioty takie jak improwizacja czy harmonia są dodatkowym poszerzeniem mojej wiedzy
i umiejętności.

Zanim rozpocząłeś studiowanie na Akademii, studiowałeś wcześniej na GWSH w Katowicach – Piotrowicach i masz tytuł magistra z marketingu. Czy to twoje ukryte zainteresowanie marketingiem czy po prostu takie studia wybrałeś, żeby mieć zabezpieczenie w życiu zawodowym poza muzyką?

Jest to dla mnie jakieś zabezpieczenie, bo nigdy wielkim pasjonatom marketingu nie byłem, mimo że przepracowałem kilka lat na stanowisku marketing manager w sieci Stylehotels. I było to bardzo przydatne doświadczenie. Mimo tego oczywiście pasja jest dla mnie jedna i jest nią muzyka, dlatego postanowiłem podjąć studia w Akademii Muzycznej i jeszcze bardziej poszerzać horyzonty.

Porozmawiajmy o warsztatach, ponieważ zimowa edycja zbliża się wielkimi krokami. Czym różnią się letnie od zimowych warsztatów w Jaworkach?

Podstawowy cel jest oczywiście jeden dla obu edycji, by edukować i rozwijać zainteresowania warsztatowiczów. Różnice jednak występują. Edycja zimowa jest zdecydowanie bardziej kameralna. Pracujemy bardzo dużo w grupach – zespołach, pracując nad utworami i zwracając uwagę na dobre partie instrumentów, ciekawe aranże, dobre zgranie na scenie. Oczywiście czas na indywidualne konsultacje techniczne też jest. W lecie natomiast mamy dwie tury, dużą ilość uczestników, więcej zajęć w klasach poszczególnych instrumentów.

3

Jaka jest cena i jak długo trwają zimowe warsztaty w Jaworkach oraz czego mogą się spodziewać warsztatowicze, którzy przyjadą rozwijać swoje umiejętności?

Całkowity koszt to 1200 zł, który obejmuje warsztaty, noclegi, wyżywienie
i ubezpieczenie. Zimą mamy jedną turę, czyli tydzień. Warsztatowicze na pewno mogą liczyć na ogromną porcję niezbędnej wiedzy, ale także na świetną zabawę w bardzo miłej atmosferze!

Często zadaje to pytanie, ponieważ każdy z nas jest inny, jedni lubią emocje związane z sceną, a drudzy poświęcają się edukacji. Co ty lubisz bardziej, grać czy uczyć?

Jestem ogólnie bardziej nastawiony na granie niż edukowanie, aczkolwiek w zasadzie obydwie rzeczy wykonuję na bieżąco – w równej ilości. Czuję się świetnie
w roli muzyka, ale równie dużą frajdę sprawia mi uczenie. Lubię dzielić się swoimi doświadczeniami z ludźmi, którzy pragną rozwijać swoje talenty i pasje.

Wróćmy jednak do sceny. Wojtek jest dzisiaj doceniany przez cały świat, z czego jestem bardzo dumny, bo to jeden z powodów do bycia dumnym Polakiem, ale są to solowe występy. Interesuje mnie, czy z zespołem zapowiada się jakiś wyjazd do Stanów czy na razie nic nie wiesz na ten temat?

Na razie nie ma zaplanowanego żadnego wyjazdu ani PiBandu, ani PiTrio do Stanów.

Jak wyglądała ostatnia trasa z Wojtkiem w Polsce, jesteś zadowolony
z przebiegu, frekwencji, muzycznie i czy kluby nie zawiodły?

Bardzo! Publika dopisała praktycznie na każdym koncercie.  Zawsze byliśmy bardzo ciepło przyjmowani, zagraliśmy dużo koncertów. Ostatnia trasa odbyła się z Pilichowski Trio, czyli Wojtek Pilichowski na basie, Michał Trzpioła na gitarze i ja na perkusji. Część starszych utworów, a także kilka nowych, które również spotkały się z dużym entuzjazmem publiki. Nad nowym materiałem pracowaliśmy u naszych znajomych
w Winnicy De Sas w Czeszycach.

Twoja ulubiona płyta, która nigdy się nie znudziła i nie znudzi, każdy taką ma. Jaka jest twoja?

Nie ukrywam, że będąc melomanem, mam dużo faworytów, ale moim absolutnym faworytem jest Phil Collins Live In Dallas, Texas 1985, czyli przywołany przeze mnie wcześniej koncert. Będę z Tobą bardzo szczery – jako dziecko oglądałem go przynajmniej raz dziennie przez kilka lat – reasumując, obejrzałem go już jakieś… kilkaset razy? A może i więcej. I ciągle do niego wracam. Drugim faworytem jest Three Sides Live grupy Genesis z 1982 roku.

5

O czym dzisiaj marzy Tomek Machański?

Marzę o wielu rzeczach. Po pierwsze o wakacjach albo chociaż jakimś krótkim urlopie – choćby weekend w górach bez telefonu i łączności ze światem. Czy to możliwe…? Hehe, oby! Marzę również o szczęśliwym życiu z moją narzeczoną, z którą w przyszłym roku biorę ślub (życie jak na razie układa się fantastycznie – marzę o utrzymaniu tego stanu). Zacząłem ostatnio myśleć o swojej autorskiej płycie, która też jest jednym z moich marzeń. Marzę także o nieustannych inspiracjach i rozwoju muzycznym, o braku „zastojów” czy innych blokad – chociaż wiadomo, wszędzie musi być zachowany umiar, żeby się nie przegrzać!

 

Materiał przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: archiwum Tomek Machański

 

Tony Royster jr… Pozamiatane!

          Po dzisiejszym pokazie Tony’ego Roystera jr’a, trudno tak po prostu wrócić do domu, przebrać się w ciepłą piżamę, położyć się do łóżka i zasnąć bez chwili zastanowienia się, co przed chwilą mnie spotkało. Czy to spełnienie marzeń czy sen? Wracając z niesamowitego koncertu, w głowie miałem jedno – spisać spontaniczne myśli i emocje, które wdarły się we mnie na warsztatach.

Nie należę do tych, którzy głupio komentują, czy czepiają się jakiś banałów, lecz przeżywam każdy pokaz, jakby był moim pierwszym i cieszy mnie ta niekończąca się frajda z przeżywania muzyki oraz ciągłego uczenia się od lepszych i najlepszych – frajda ciągłego odkrywania muzyki…

Wydaje się to zwariowane, ale taka jest prawda. Uczymy się całe życie, ciągle doskonalimy nasz warsztat, rozmawiamy, analizujemy, wyciągamy to co dla nas najlepsze, kreujemy swój wizerunek i dbamy o przyszłość, bo sukces to nie chwilowa frajda lecz obowiązek na całe życie. 

DSC04281

Jakie wrażenia po dzisiejszym drum show? Nie jestem mega fanem Tony’ego ani nie oglądam go codziennie kopiując jego grę, bo nie w tym rzecz, ale jest jednym z moich ulubionych perkusistów z całego świata, który wpłynął na moją grę 13 lat temu i bardzo lubię jego grę. 

Wybrałem się na pokaz, ponieważ chciałem na żywo zobaczyć jak zamiata swoje przewroty w kosmicznych tempach i jak bębny potrafią piszczeć z bólu od jego uderzeń… Jedno jest pewne – bębnów Tony’emu nie pożyczę bo rozniósłby mi je w drobny mak ;-)…

Tony to bardzo sympatyczny i wesoły człowiek, od początku można było wyczuć totalny luz, który udzielił się całej sali. Po pierwszej solówce musiałem złapać oddech, żeby poskładać jego milion uderzeń i przemyśleć o co chodzi w jego graniu…

Jego gra na bębnach to szalony i bardzo widowiskowy styl,który przypadł mi do gustu już dawno, a dzisiaj się to potwierdziło w Krakowie. Bardzo się cieszę że mogłem podziwiać na żywo takiego wariata za bębnami ;-)…

DSC04278

Tony to bezkompromisowy wirtuoz bębnów i albo się go lubi albo nie i nie. 

Osobiście jestem zwolennikiem prostszego, nie znaczy łatwego grania i tłustego groovu, nawet jeśli chodzi o metal, który gram, ale Tony jest świetny i kłaniam się mu nisko, bo jest wielki, a jego swoboda, prędkość, siła i dynamika, zasługują na wielkie brawa i hip hop w jego wykonaniu, wbił mnie w krzesło ;-)…

Brawa należą się również Emilii Benedykcińskiej, Krystianowi Czarneckiemu, GEWA, DW, i wielu innym wspaniałym ludziom i markom, którzy przyczynili się do tego wydarzenia.

Bądźcie czujni, bo takich wydarzeń będzie coraz więcej…

DSC04282

Mały wielki człowiek Tony Royster jr.

Pozdrawiam,

Mr Sticky

Paweł ‚Pawulon’ Jaroszewisz

          Jeden z czołowych polskich metalowych perkusistów, ba, śmiem powiedzieć, światowej czołówki, który wymiata blasty na swojej pięknej perkusji TAMA, z lewej do prawej i z prawej do lewej co najmniej w 260bpm na rozgrzewkę… Nie patyczkuje się i nie owija w bawełnę. Kiedy coś jest kiczowate lub całkiem do dupy, wprost o tym mówi i nie dba o to czy ktoś będzie go za to nie lubił…

          Przygoda z metalem rozpoczęła się niespodziewanie, najpierw klasycznie, później rockowo i zagrzał tron perkusyjny na dobre w metalu. Wybrał jeden z najbardziej wymagających stylów muzycznych, bo w graniu metalu ważne jest wszystko, fizyczna forma, technika, prędkość, precyzja i ciągła harówa na bębnach, bo grać blasty, to jak wydać na siebie wyrok śmierci – jesteś na nie skazany każdego dnia do końca życia, jeśli chcesz być profesjonalistą.

          Jak dba o formę fizyczną i muzyczną, czy jest leniem czy hardocorem, i jak bardzo kocha to co robi i jak duże jest w nim poczucie obowiązku bycia zawsze na 110%, zachowując przy tym mega wielką skromność, która powala mnie na kolana… opowie wam sam, szybki jak błyskawica, były garowy VADER i DECAPITATED, a obecnie w HATE i ANTIGAMA oraz w wielu sesyjnych projektach – Paweł ‘Pawulon’ Jaroszewicz.

Fota 2

Dlaczego metal?

Sam nie wiem w zasadzie. Jakoś tak wyszło, że ta a nie inna forma ekspresji przypasowała mi najbardziej. Zaczęło się klasycznie od Fasolek I Krzyśka Antkowiaka, a następnie od starszych kuzynów podłapałem Guns n Roses, Metallikę, Iron Maiden… Potem było już z górki…

Ile miałeś lat, gdy rozpocząłeś przygodę z perkusją?

Pierwsze “przymiarki” miałem już w wieku kilku lat – rozkładałem sobie pokrywki I taborety i tłukłem się drewnianymi łyżkami. Pierwszy raz siadłem za prawdziwe bębny u znajomych rodziców gdzieś na początku podstawówki – pamiętam jak dziś. Podjarka na maxa :). Następny kontakt miałem, kiedy zmieniłem instrument w szkole muzycznej z pianina na perkusję – w 6 klasie podstawówki. Piano jakoś nigdy mi do końca nie leżało, ale w tamtych czasach bębny nie były traktowane jako pełnoprawny instrument w instytucji zwanej państwową szkołą muzyczną. Zrobiłem 1 rok pod okiem Andrzeja Pochodyły i niestety z racji mocno średnich wyników w nauce (w tej zwykłej szkole) odbyło się szybkie, krótkie cięcie i koniec mojej przygody z muzyką na ten czas. Dopiero w 2 klasie Liceum (czyli w wieku prawie 17 lat) posiadłem pierwsze bębny i od tamtej pory przegrałem życie towarzyskie ( śmiech ).

Trafiłeś na perkusję przypadkowo czy ktoś zainspirował cię do grania bębnach?

Od początku ciągnęło mnie do bębnów – nie wiem dlaczego. Chyba jednym z bodźców był koncert Metalliki – tribute dla Freddy’ego Mercury z 1992 (chyba) roku. Lars I biała Tama – Zajechałem tą taśmę 🙂 Później pojawili się oczywiście inni pałkerzy, ale Lars był pierwszy.

Początki były trudne?

Zawsze są trudne :-)… Ale się uparłem, że jak już mam te bębny, to nie ma zmiłuj. Siedziałem (i dalej siedzę) nad każdą pierdołą do porzygania, aż wyjdzie.

Fota 3

Jeśli chce się dojść na szczyt, to trzeba mieć przede wszystkim dobry plan, czy wystarczy po prostu iść do przodu i robić swoje spontanicznie, jak Ty uważasz?

Nie wiem szczerze mówiąc- nie ma na to przepisu. Trzeba być konsekwentnym I szczerym wobec siebie, to przede wszystkim. Trzeba też reagować na to co się dzieje dookoła. Same umiejętności to może 30 – 40% wszystkiego. Ja raczej niczego nie planuje – bo już nie raz życie pokazało, że wszelkie plany są niewiele warte. Po prostu oczy dookoła głowy i trzeźwe myślenie połączone z ciągłą pracą nad sobą – chyba tak to działa. Jak kiedyś osiągnę jakiś sukces to Ci powiem ( śmiech ).

Czy wystarczy nauczyć się grać metal czy przede wszystkim trzeba go czuć, żeby być w tym naturalny?

Nie ma chyba takiej dziedziny w życiu, której wystarczy się wyuczyć. Ja przynajmniej nie potrafię grać albo robić czegoś czego nie czuję. Może to źle – ale mam to w dupie! Moim zdaniem jeżeli czegoś nie czujesz – nigdy nie będziesz w tym szczery, a co za tym idzie wiarygodny. Ludzie wyczuwają takie rzeczy.

Bycie perkusistą metalowym to konkretny wyczyn fizyczny. Uprawiasz jakiś sport, żeby utrzymać kondycję fizyczną na najwyższym poziomie czy bębny dają ci to wszystko czego potrzebujesz aby utrzymać super formę?

Odpowiem tak: Powinienem uprawiać jakiś sport, lub przynajmniej “ogólno rozwojowy” ale jestem z natury strasznie leniwy i póki co nie udało mi się do tego zmobilizować… Ale próbuję dalej… Aby mieć naprawdę spoko formę trzeba o nią dbać – u mnie z tym jest póki co średnio – może kiedyś ( śmiech ).

Przewinęło się w Twojej karierze wiele ciekawych zespołów, ale jestem ciekaw, który z nich wprowadził cię na zawodową scenę metalową?

Pierwszym bandem, który grał trasy był Hell-Born. Zagraliśmy co prawda tylko 1 trasę po Polsce, ale otworzyło to kolejne furtki. Tak naprawdę każdy band w którym grałem jakoś się do tego wszystkiego przyczynił. Jedno wynikało z drugiego. Np na trasie z Hell-born w Hermh (którego supportowaliśmy) grał sesyjnie na klawiszach Wacek (wówczas Crionics) a w MasseMord – Maciek (wówczas również pałker Crionics). Poznaliśmy się, i jakiś czas później pojechałem z nimi na trasę, kiedy Maciek był niedyspozycyjny. Na basie w Crionics wówczas grał Heniek (Vesania, Rootwater). Jakiś czas później zadzwonił w sprawie zastępstwa w Rootwater – itp itd. Dlatego uważam, że nigdy nie wiesz czy ten mały koncercik w jakiejś szczurowni w Pcimiu dolnym nie zadecyduje o twojej przyszłej “karierze”, bo może akurat poznasz kogoś, kto zadzwoni do Ciebie za 2 lata.

Od początku w Twoim sercu grał metal czy obracałeś się w innych stylach muzycznych?

Metal zawsze był u mnie obok innych gatunków. Wychowywałem się słuchając dużo klasyki, jazzu, rocka, bluesa… wszystko gdzieś się przewijało, a to, że padło akurat na metal – widocznie tutaj zatrybiło najbardziej ( śmiech ), no i nie trzeba aż tyle umieć haha…

Fota

Koncerty to nie wszystko. Dzisiaj perkusiści są wszystkim, nagrywają, realizują dźwięk, wydają płyty, są menadżerami, prowadzą warsztaty, uczą w szkołach lub indywidualnie. Wiem, że należysz do tej grupy i ciekawi mnie, jak to wszystko ogarniasz?

Staram się to ogarniać, cały czas się tego uczę – nie raz się w tym wszystkim gubię. Ale dziś to chyba jedyna droga – jak sam czegoś nie ogarniesz, to najczęściej nie będzie to zrobione jak należy. Staram się być zorganizowany i planować sobie dzień. W zasadzie nie różni się to wiele od prowadzenia własnej firmy. Kwestia samodyscypliny.

Domyślam się, że dzisiaj nie obracasz się już tylko w metalu, ale również w innych stylach muzycznych, ponieważ jesteś nauczycielem, a nauczyciel powinien być uniwersalny. Jak to wygląda u ciebie, jesteś uniwersalny czy skierowany na metalowe nauczanie?

Nie ukrywam, że kiepski ze mnie jazzowiec – mam jednak ciężką rękę, ale pewne rzeczy są uniwersalne. Staram się grać inne style, ale wiadomo na co poświęcam najwięcej czasu :). Jednak wydaje mi się, że istnieje wspólny mianownik w każdym rodzaju bębnienia – i to staram się przekazać na zajęciach. Sam kierunek i co z tym zrobi dana osoba jest już kwestią indywidualną.

Co bardziej lubisz, występować na scenie czy uczyć?

To zupełnie inne wyzwania ( śmiech ). Ciężko to przyrównać. Lubię zarówno jedno jak i drugie.

Zastanawiam się od dłuższego czasu nad tym, dlaczego frekwencja ludzi na koncertach maleje. Jeszcze 10/15  lat temu widok pustego klubu był nierealny, a dzisiaj staje się to standardem. Jak  myślisz, jaki jest powód, brak pieniędzy, lenistwo, przesyt, banalna dostępność materiałów w internecie?

Powodów jest kilka:

Przesyt – dzieje się wszystko I wszędzie – mało kto ma czas śledzić imprezy – więc te mniej rozreklamowane (czyli niszowe) dostają po dupie.

Brak pieniędzy – mało kogo tak naprawdę stać na więcej niż 1 gig w miesiącu / kwartale / tygodniu.

Lenistwo – ludziom mniej się chce wychodzić niż kiedyś – są internety, filmy… a przecież i tak można zobaczyć wszystko na youtubie nie?

Ale też: (I tu będę może niepopularny)

Generalnie niska jakość gigów – coraz więcej młodych bandów wychodzi z założenia, że skoro już gra (lepiej lub gorzej) to jest to wystarczający powód, by ich wielbić – a niestety często jakość samej muzy kuleje – nie mówiąc o show, który jest nieobecny-  I nie chodzi wcale o jakieś drogie produkcje – tylko to jak band wygląda na scenie. Czy jest to band z krwi I kości, który wie po co tam jest I się tam odnajduje czy zbieranina przypadkowych osób generalnie przestraszonych całym zajściem i wyglądających jak łajzy? W dobie popularnego ostatnio klepania po pleckach I amerykańskiego “good job” na każdym kroku każda krytyka jest odbierana jako obraza uczuć, i czepianie się. Nawet nie wspomnę o stawianiu warunków finansowych przez początkujące zespoły – ludzie litości… Najpierw coś od siebie I jak będzie to coś warte to pogadamy. Przynajmniej jak ja zaczynałem tak to wyglądało.

Czy w innych krajach też zauważasz takie zmiany?

Niestety tak.

Fota 1

 

Vogg – nie taki straszny Whiplash jakim go malują?

Waculik jest wymagający, wie czego chce i się nie szczypie! A że przy okazji mało kto to wytrzymuje to już inna sprawa…

Jesteś niesamowity! Podążasz konsekwentnie swoją drogą i to co robisz jest niesamowite. Jesteś absolutnym profesjonalistą. Kolejnym dowodem Twojej klasy jest zespół HATE i ANTIGAMA z którymi oficjalnie współpracujesz. Jesteś zadowolony?

Bez przesady:) Staram się robić to co uważam za słuszne jak najlepiej potrafię I to wszystko. Jest naprawdę wielu znacznie lepszych ode mnie. Jeszcze bardzo daleka droga przede mną. A czy jestem zadowolony? Nie jest źle – oby nie było gorzej to będzie ok :-)…

VADER i DECAPITATED. Chciałbyś cofnąć czas, czy nie ma w Twoim życiu czasu na oglądanie się za siebie?

To wszystko miało swój czas i miejsce. Karawana jedzie dalej – nie ma sensu rozmyślać nad tym co było – lepiej zająć się tym co jest i będzie.

Mówią o Tobie, że jesteś tytanem pracy. Zgadzasz się z tym co mówią ludzie?

Po prostu podchodzę poważnie do tego czym się zajmuję. Jakbym pracował na etacie to poświęcałbym na to przynajmniej 8 godzin dziennie prawda? Więc jeżeli jest to moją pracą, dlaczego miałoby być inaczej? Nie lubię nic robić na pół gwizdka – albo max albo nic – taki już jestem.

Fota 4

Skoro mówimy o ciężkiej pracy. Jak wygląda Twój dzień treningowy?

Jest dość zróżnicowany – wszystko zależy od tego ile mam bieżących spraw do załatwienia. Czasem większość czasu poświęcam na naukę materiału do nagrań / koncertów itp. Jeżeli mam więcej czasu na swoje ćwiczenie – to to właśnie robię. Ostatnio siadłem do dwójek z akcentem “na i”. Nigdy nie poświęciłem na to odpowiednio dużo czasu i teraz chcę to nadrobić. Jednak zawsze ćwiczę jedynki rękami i stopami. – Mam taki “zestaw obowiązkowy” – ok. 2 godziny wprawek dziennie. Jedynki to 95% tego co gram, więc nad tym siedzę najwięcej.

Czyli ulubione ćwiczenie to jedynki?

Tak, jedynki rękami i nogami w 10 minutowych seriach w różnych konfiguracjach. W sumie 2 godziny treningu – wg. Przepisu niejakiego Eugene Ryabchenko – polecam!!!

Jakie wyzwania przed Tobą?

Niekończąca się pogoń za perkusyjnym króliczkiem… Lepiej ogarniać swoje sprawy około muzyczne no i oczywiście kondycja – może wreszcie się zmobilizuję :-)…

Gratuluje powiększenia rodziny i życzę samych sukcesów!

Dzięki wielkie w imieniu moim, Iwony i Kuby. Wzajemnie – wytrwałości i motywacji do działania przede wszystkim! Dzięki za wywiad!

 

Materiał przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: archiwum Paweł Jaroszewicz