Instytut Polish Drummers

 

Instytut Polish Drummers to inicjatywa nikogo innego jak znanego nam już bardzo dobrze Krzysztofa Dziedzica, który znany jest przede wszystkim jako wspaniały jazzowy perkusista, który grał z najlepszymi tj: Nigel Kennedy i przejechał prawie cały świat wzdłuż i wszerz.

Poza tym wspaniałym akcentem, Krzysztof jest założycielem popularnego na facebooku profilu Polish Drummers, który na dzień dzisiejszy posiada około 10 tysięcy perkusistów z całej Polski.

Oprócz tych wspaniałych sukcesów, Krzysztof cały czas działa bardzo dynamicznie i nie zatrzymuje się ani na chwilkę. Jeszcze nie opadł zapach jego świeżo wydanej solowej płyty pt: Tempo, a zaraz po tym, były koncerty, wywiady, aż po Instytut Polish Drummers.

Oficjalne otwarcie IPD odbyło się 26 wrzenia w Bielsku – Białej w Grępielni, gdzie znajduje się m.in. hotel, restauracja, siłownia i bardzo interesujący Metrum Jazz Club, który gości artystów z otwartymi rękami, co nie często się zdarza w naszym kraju.

W Grępielni, gdzie znajduje się wiele atrakcji, Krzysztof postanowił otworzyć swój Instytut i mimo że to świeża sprawa to, będzie to realizowane, aż osiągnie szczyt, bo nigdy nie jest tak, że coś jest już gotowe i nic nie da się zmienić. Zawsze może być lepiej, i tak na pewno będzie w przypadku Instytutu.

Mapex & Zildjian

Impreza wspierana była przez firmy Mapex i Zildjian, z którymi oficjalnie współpracuje Krzysztof i których jest oficjalnym endorserem. Oczywiście w tym dniu nie zabrakło przedstawicieli tych firm czyli Sylwii Korzybskiej z Mapexa i … Katarzyna Pękala z Zildjiana, którzy podczas imprezy byli jego największym wsparciem wraz z ośrodkiem Grępielnia.

Jaki jest cel Instytutu Polish Drummers?

Miejsce instytutu znajduje się na samej górze kilkupiętrowego budynku Grępielnia, gdzie ćwiczenie na perkusji nikomu nie będzie przeszkadzać. Niesamowite miejsce, dla każdego kto tylko chce się rozwijać, ćwiczyć i być częścią tej inicjatywy.

Co trzeba zrobić, żeby należeć do IPD?

Trzeba przede wszystkim CHCIEĆ, a po drugie wypełnić formularz zgłoszeniowy, po którym otrzymacie kartę członkowską instytutu, którą będziecie musieli okazywać w recepcji Grępielni aby móc wejść do Instytutu.

Koszt miesięczny za zajęcia indywidualne i grupowe?

Koszt to 100zł za zajęcia indywidualne i 50zł za grupowe, a zajęcie będzie prowadził sam Krzysztof Dziedzic.

System partnerski!

To system, który będzie działał dla ludzi należących do IPD i dla nich na początek będą zniżki 5% na zakup różnych akcesoriów z firm Mapex i Zildjian, a więc warto się starać, bo z czasem może się to zmienić i być coraz korzystniej. Do wytrwałych świat należy!

Metrum Jazz Club

W tym na prawdę robiącym wrażenie klubie, na zakończenie dnia otwartego Instytutu Polish Drummers, wystąpiło kilka ciekawych artystów solowych i zespołów. Poziom był bardzo wysoki, a jednym z najciekawszych zespołów, które wystąpiły w tym dniu to, zespół o nazwie Walimy W Kocioł, który składa się z około 20 osób grających na różnych instrumentach perkusyjnych, co tworzy wielki hałas i również świetny groove –  można było się poczuć jak na karnawale w Rio de Janeiro. Zespół jest prowadzony przez Tomasza Kineckiego. Tego samego wieczoru zagrał również zespół z Kóz, który nazywa się Koszau.

Kolejni artyści, którzy dali swój pokaz perkusyjny to: Mariusz Szulakowski, Rockersoul, Łukasz ‚Icanraz’ Sarnacki, Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz… Ktoś jeszcze?

Informacje

Wszelkie informacje uzyskacie kontaktując się bezpośrednio z Krzysztofem Dziedzicem przez Facebooka czy Messengera.

Życzymy powodzenia i trzymamy kciuki za rozwój Instytut Polish Drummer.

 

Przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz & Polish Drummers

John JR Robinson – Groove… Groove… Groove ;-)…

Lekcja solidnego groove’u, która miała miejsce w zeszłym tygodniu w chorzowskiej Sztygarce z Johnem JR Robinsonem i Felixem Lehrmannem, zapadła chyba wszystkim w pamięci i szybko o niej nie zapomnimy.  Zapach solidnego groovienia będzie unosił się jeszcze długo w chorzowskiej kulturze.

Klinika perkusyjna odbyła się w fantastycznym miejscu –  Sztygarka.pl, cóż więcej będę się rozpisywał, niech każdy sobie sam sprawdzi co to za magiczne miejsce, które sprawiło, że impreza odbyła się na totalnym luzie.

Oczywiście nie tylko miejsce, ale również ludzie tacy jak – Przemysław Bajer ( Drumsetpro School ), Wojtek Węglarczyk ( Śląskie Centrum Perusyjne ) czyli współorganizatorzy oraz Krystian Czarnecki ( GEWA Drums ) i Maciej Nowak ( Magazyn Perkusista ), zbudowali klinikę na najwyższym poziomie.

Wielkie brawa za kolejne wielkie wydarzenie perkusyjne, które tym razem przeniosło się w kosmos, bo podobno aż tam, powędrowały nagrania naszego bohatera groove’u JR’a.

Podczas wywiadu dla Perkusisty, który przeprowadził Maciej Nowak, przed występem JR’a – Maciej zapytał: JR, ty chyba nie grałeś tylko w kosmosie? JR na to odpowiedział – „wiesz, z tego co wiem to, podobno moje nagrania zostały wysłane w kosmos” – no i ręce opadły ;-)…

Wielki człowiek, z wielkim poczuciem humoru, podczas wczorajszej kliniki, przekazał najistotniejsze czynniki, na które powinniśmy zwracać uwagę podczas gry, nagrywania, prowadzenia swojej kariery itd.

Groove, groove, groove, to najważniejsze co potrzebujemy do grania muzyki i tańczenia. Kiedy muzyka buja, a ludzie tańczą to pełnia szczęścia i nic więcej nam nie potrzeba.

Felix Lehrmann

Zanim jednak rozpiszę się o JR Robinsonie, bo przecież nie da się opisać tego człowieka w kilku słowach, a nawet zdaniach to, napiszę kilka zdań o bardzo ciekawym perkusiście z Niemiec, który dzieli scenę i otwiera kliniki JR Robinsona.

Tutaj dało się odczuć młodość i chęć grania dużo nut, co sam muzyk powiedział: „uwielbiam grać muzykę, gdzie mogę grać dużo nut, ponieważ pracując w studio, muszę schować swoje ego, i grać to, co ode mnie wymaga dyrektor muzyczny”.

Nie znaczy to jednak, że ten młody artysta nie potrafi zagrać solidnego groove’u, bo potrafi i wychodzi na to, że podoba się to niemieckim gwiazdom, ponieważ Felix, rocznie gra około 200 koncertów!

Zapytany, czy ćwiczy i co ćwiczy gdy wraca do domu, odpowiedział: „Nie ćwiczę, ponieważ po takiej ilości koncertów, mam dość bębnów i muszę od nich odpocząć”. Oczywiście, rozgrzewki na padzie dla utrzymania kondycji wchodzą w grę, ale bez przesady.

Dołączył do rodziny DW, ponieważ chciał coś zmienić po nastu latach grania na innej marce. Czasami tak jest, szukamy czegoś nowego, kiedy znudzimy się tym co mamy, a DW jest bardzo nowoczesnym instrumentem i na tyle elastycznym, że jest w stanie dogodzić prawie każdemu perkusiście na świecie, a więc Felix również znalazł coś dla siebie w tej firmie i jak było widać i słychać podczas występu, czuje się w niej jak w rodzinie.

John JR Robinson

Kiedy w Polsce wstydzimy grać się oszczędnie, za oceanem gra się prosto, solidnie i dumnie, i brzmi to abolutnie profesjonalnie. Pozornie proste granie, nie jest takie proste, bo wymaga równie dużo pracy i przede wszystkim samodyscypliny.

Nie wspomnę już o tym, jak ważne jest być super człowiekiem, naturalnym, pozytywnym, dzięki czemu ludzie chcą z tobą pracować, przebywać w twoim towarzystwie i grać z tobą muzykę.

JR należy do rodziny DW i Paiste, co prezentuje się z nim genialnie. Brzmienie, wygląd, polot, lekkość, dynamika, taniec za bębnami to, cały JR Robinson. Kiedy gra jakikolwiek groove, całe bębny grają razem z nim, a wręcz tańczą, jak to powiedział Maciej Nowak stojąc tuż za jego plecami.

JR już w tym roku nagrał około 50 albumów, bo jak sam mówi, „dzwonią do mnie ludzie i chcą bym nagrywał dla nich bębny, więc nagrywam”. Niektórzy marzą ogólnie o nagraniu 50 płyt w swoim życiu… a tutaj taka sytuacja, że tylko w tym roku, a w życiu to, chyba tysiące, a nagrywał dla takich gwiazd jak: Michael Jackson, Eric Clapton, Chaka Khan i wielu innych wspaniałych światowych gwiazd.

Można by rzecz, że ten człowiek urodził się z groove’m w sercu, a kiedy wsiadł za bębny to, wszystko stało się jasne i wczorajszy występ był tego potwierdzeniem.

Chciałbym tutaj rzecz, że nie samo DW czy Paiste czyni cię mistrzem, lecz na piękne brzmienie tych marek, szczególny wpływ mają doświadczenie, mnóstwo lat grania, serce, dusza, człowiek, ciało, bo to wychodzi z nas, a bęben to przyjmuję, więc jakie emocje wyjdą z nas, tak przyjmie je perkusja.

Kiedy Maciek Nowak zapytał JR’a – stary ale ci brzmi ten hi hat, co to za hi hat? JR żartując odpowiedział – to jest hi hat firmy Paiste ;-)…

Nie ważne jaka seria, bo to indywidualna sprawa i potrzeba, ale chodzi o to jak on na nim gra, ile lat poświęcił zmieniając techniki gry, trzymanie pałek i oczywiście ćwicząc, żeby tak pięknie syczał jego hi hat…

Jest jednym z niewielu, który mówi o karierze perkusisty, jako kariera długoterminowa – „powinniśmy myśleć w sposób: chcę grać całe życie, a nie tylko tu i teraz”! Jeśli już to sobie wyobrazimy to, powinniśmy cały czas się rozwijać, nagrywać, grać, ćwiczyć, prowadzić kliniki, uczyć, produkować itd. Bardzo istotne uwagi, kiedy tak naprawdę większość rzeczy jako perkusiści, możemy robić dzisiaj sami, w domowych studiach nagrań!

Do dzieła panie i panowie ;-)…

Kolejny raz utwierdziło się we mnie to, że ILE Z SIEBIE ODDASZ MUZYCE/PERKUSJI, TYLE SAMO LUB WIĘCEJ ONA ODDA TOBIE!!!

Nie ma drogi na skróty, bo można się urodzić z groove’m, ale nikt nie rodzi się geniuszem, bo to trzeba sobie wypracować!

Przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: Foto KE.

6 koncert uczniów Drumsetpro School

6 Koncert Uczniów znanej, chorzowskiej szkoły perusyjnej Drumsetpro School, odbył się 22 czerwca bieżącego roku w Starochorzowskim Domu Kultury.

Miałem przyjemność być pierwszy raz na tym wydarzeniu i przyznam, że wywarło na mnie wielkie wrażenie. W tym roku na koncercie wystąpili uczniowie ze wszystkich sześciu oddziałów szkoły ( Bielsko – Biała, Chorzów, Katowice, Kraków, Rzeszów i Wodzisław Śląski ).

Muzycznie był to przekrój wielu gatunków muzycznych, od popu, przez rock, metal aż do muzyki elektronicznej.

Koncert na zakończenie roku szkolnego to, nie tylko idealny prezent dla ucznia, jego rodziny i przyjaciół. To przede wszystkim ogromna dawka motywacji do pracy nad warsztatem perkusyjnym. Pokazać się na profesjonalnej scenie, zagrać swój ulubiony utwór, dać z siebie wszystko – bezcenne. Dodatkowo każdy z uczestników koncertu otrzymuje pamiątkowe zdjęcia oraz nagranie, które jest dostępne między innymi na kanale Youtube szkoły.

Prywatne szkoły perkusyjne dają większe możliwości i więcej radości z grania na perkusji, z jednej prostej przyczyny – uczą w nich ludzie z pasją, ludzie wybrani nieprzypadkowo, ludzie dla których ważna jest dobra, przyjacielska atmosfera, którą czułem będąc uczestnikiem koncertu. Kiedy ja uczęszczałem do Podstawowej Szkoły Muzycznej im. Grażyny Bacewicz w Jaworznie, nie przypominam sobie takich wydarzeń w takiej atmosferze. Pamiętam za to, niezbyt przyjemne i nudne egzaminy, które trzeba było wystukać na ksylofonie i wibrafonie nuta w nutę, a zestaw perkusyjny – „jeśli zasłużysz to zagrasz”. To były uroki starych państwowych szkół ale mam nadzieję, że z biegiem lat będzie się to zmieniało.

Gra na perkusji ewoluowała bardzo mocno na przestrzeni choćby ostatnich 20 lat. Coraz więcej ludzi zaczyna swoją przygodę z bębnami. Dziś nie jest to już zajęcie zarezerwowane tylko i wyłącznie dla mężczyzn. Grają wszyscy,  w każdym wieku i również kobiety.

Zainteresowanie tym instrumentem rośnie z każdym rokiem, czego nie dało się nie zauważyć podczas koncertu. W Drumsetpro School nie ma podziałów na wiek, stopień zaawansowania, preferencje muzyczne. Swoich sił może spróbować każdy, do czego szczerze i serdecznie zachęcam.

Drumsetpro School działa bardzo prężnie na polskim rynku perkusyjnym, daje swoim uczniom, ludziom nie związanymi ze szkołą i wszystkimi zainteresowanymi szerokie spektrum możliwości rozwoju warsztatu perkusyjnego.

Poza regularnymi zajęciami we wszystkich oddziałach szkoły, organizowane są warsztaty perkusyjne ze znanymi i cenionymi polskimi perkusistami ( cykl „Mistrzowie Perkusji „ ). Spotkania z perkusistami zagranicznymi z całego świata, koncerty uczniów, imprezy integracyjne oraz kanał Youtube, gdzie można obejrzeć występy niektórych studentów. Drumsetpro School rozwija również swoją społeczność na portalu Facebook skupiającą się wokół grupy Drumsetpro School Family.

 

Tekst: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: Archiwum Drumsetpro School

KORNEL KONDRAK… Nie ma miękkiej gry!

Kornel Kondrak, jedna z nowoczesnych postaci polskiego perkusyjnego rynku, solidnego prania w bębny, bo ten młody chłopak nie patyczkuje się podczas koncertów. Udowadnia że bębny to nie instrument dla mięczaków, tylko dla prawdziwych facetów z krzepą w łapach. Osobiście, kiedy widzę jak niektórzy głaszczą bębny ( bo niby dbają o dynamikę ), to robi mi się wręcz słabo, a Kornel, mimo jego pozornie skromnej postury, wali w bębny bardzo solidnie.

Muzyk dba nie tylko o indywidualny styl gry, ale również o aspekt wizualny, który jest równie istotny w świecie muzyki. Przecież bębny oprócz ważnej funkcji muzycznej to także bardzo widowiskowy instrument.

Być rozpoznawalnym z brzmienia to jedno i jest to sztuka niezwykle trudna, drugą sprawą jest oryginalność wizualna, która przyciąga uwagę tych, dla których nazwa parididdle kojarzy się bardziej z nazwą jakiegoś makaronu, a nie podstawową figurą perkusyjną. W dzisiejszym świecie każdy szczegół jest bardzo ważny, więc czym bardziej kreatywni jesteśmy, tym lepiej dla nas. Pamiętam naszą wycieczkę do Gewa Drums, gdzie poznaliśmy się pierwszy raz. Pędząc samochodem do spokojnej niemieckiej mieściny, gdzie ma miejsce siedziba firmy, zastanawiałem się, co za barwna postać siedzi koło mnie. Luźny dresik, stylowy wąsik, modne okulary, sympatyczny i skromny chłopak, kurczę, pomyślałem, skąd on jest?

Kornel to bardzo otwarty, ciekawy świata człowiek, który wychodzi za gary i nie gada wiele, tylko po prostu gra, a gra, aż wióry lecą.

Studiował w Danii, występował u boku Popka, na stałe występuje z grupą Enej, a na co dzień jest po prostu szczęśliwym, spełnionym człowiekiem.

Kornel, jak to się wszystko zaczęło, twoja przygoda z muzyką, perkusją?

Pamiętam taką rozmowę z mamą, miałem może 6 lat. Zapytała mnie kim chcę zostać, gdy dorosnę, odpowiedziałem że perkusistą. – Perkusistą? – odpowiedziała. – A jeśli to nie wyjdzie to kim zostaniesz? Na co odpowiedziałem, że… pijakiem. – Ach tak? – zapytała. – To skąd będziesz brać pieniądze? Odpowiedziałem, że skoro oni skądś je biorą, to i ja dam sobie radę… Podsumowując: nie mam pojęcia, dlaczego od tak młodego wieku byłem uparty akurat na ten instrument, ale przekonanie, że będę zajmował się muzyką na pewno płynęło z wpływu mojego taty, który jest bardem. Muzyka i koncerty były obecne w moim życiu od zawsze. Mówiąc szczerze, poza muzykowaniem nic innego mi nie wychodziło.

Pochodzisz ze Świdnika. Jakie tam są możliwości dla artystów?

Moje rodzinne miasto dla mojego poletka dawało ( i wydaje mi się, że wciąż daje ) wszystkie możliwości do dobrego startu. Oprócz szkoły muzycznej I-go stopnia, do której poszedłem na perkusję mając 10 lat, trafiłem też na pierwszego w moim życiu mentora -Tomka Deutryka – perkusistę, który grał i gra m.in. z moim ojcem. W tamtejszym domu kultury miałem zespół, a instruował nas właśnie Tomek. Były to okazje do wysłuchania wielu cennych uwag z jego strony na temat samej pracy w zespole oraz roli, jaką perkusja w nim odgrywa. Wydaje mi się, że właśnie dzięki mądrościom Tomka dosyć szybko zdałem sobie sprawę z tego, jak w miarę dojrzale grać piosenki na tym instrumencie, nie mordując ich przejściami co 4 takty.Wiele rzeczy, o których mówił, tak naprawdę uświadamiam sobie teraz i z miesiąca na miesiąc, od kiedy jestem członkiem ciężko pracującego zespołu, zastaję sytuację, które Tomek przepowiedział mi już na przykład 15 lat temu.

Jesteś kompletnym, wykształconym muzykiem czy samoukiem?

Skończyłem klasyczną szkołę I-go stopnia i 2 lata II-go. Jestem absolwentem szkoły na Bednarskiej na Wydziale Jazzu w klasie Pana Czesława Bartkowskiego, a do bycia licencjonowanym jazz manem brakuje mi jednego egzaminu w szkole w Danii… Zrobię to!

Opowiedz mi o twoje edukacji, bo wiem, że jest barwna, a szczególnie okres studiów?

Bednarska była fajnym czasem. Poznałem wielu muzyków, którzy teraz grają w topowych zespołach, razem jamowaliśmy u mnie w stancji. Cóż to były za imprezy! Tam też spotkałem Czaplaya i Pinkiego ( puzonistę i saksofonistę, którzy teraz są moimi kompanami w Eneju ). Pinki gra z resztą na moim dyplomie, wieńczącym naukę w tej szkole. Również w tamtym czasie Adam Tkaczyk przekazał mi granie u Mariki, które było pierwszym poważnym koncertowaniem, na które ( jak się wtedy okazało ) zupełnie nie byłem gotowy. Doświadczenie krótkie, aczkolwiek ogromne, które mocno mnie ukierunkowało i pokazało serio, o co w tym wszystkim chodzi. Miałem 17 albo 18 lat.

Studia w Danii były głównie czasem otwierania się na muzykę. Pod koniec tamtejszej przygody słuchałem z wypiekami muzyki, z której jeszcze na 1 roku śmiałem się do rozpuku, tak na prawdę jej nie rozumiejąc. Tam też, żeby sobie radzić, zacząłem udzielać prywatnych lekcji. Okazało się, że nawet to lubię. Do tego przez jakiś czas pracowałem w mojej szkole jako opiekun sprzętu, roznosiłem instrumenty do sal, do których należą, stroiłem i naprawiałem bębny. Ta praca pozwoliła mi ułożyć sobie dzień. Od poniedziałku do piątku, o 7 rano byłem po pracy i cały dzień stał przede mną otworem. Wyciskałem z niego, ile tylko mogłem.

Wróciłeś z Danii – co wtedy się działo, posypały się propozycje grania, bo wróciłeś z super uczelni czy jednak trzeba było zbudować jakiś plan i zacząć działać, promować siebie, żeby zdobyć pracę perkusisty?

Wróciłem z Danii na dobre, ponieważ zadzwonił do mnie enejowy puzonista – Czaplay – z propozycją grania z chłopakami. Byłem wtedy często w Polsce, grałem trasę z Dawidem Kwiatkowskim, a w momencie gdy zadzwonił, pakowałem bębny po sesji nagraniowej pierwszej płyty Dawida. Zawsze miałem bardzo dużo szczęścia przy okazji prac w doskonaleniu rzemiosła. Jeśli chodzi o promowanie się, tak serio zacząłem to robić niedawno, żeby jeszcze czasem chciał ktoś ze mną pograć, ale nikt nie dzwoni. Chyba myślą, że jestem strasznie zajęty przez cały rok…

Duńska i polska rzeczywistość to dwa zupełnie różne światy i zastanawiam się, jak wygląda świat artystów w Danii i czym się różni od polskiego. Co tak najbardziej utkwiło w twojej głowie, czym się różnimy?

Świat artystów w Danii przede wszystkim nie jest pomijany, nie jest spychany na opinię publiczną na margines. Jest sowicie dofinansowywany i bardzo, ale to bardzo otwarty. Tam wszyscy mocno się wspierają, są bardzo otwarci, i nie są bezsensownie zawistni. Generalnie podstawowa cecha Duńczyków to wielka otwartość i życzliwość.

Nie wystarczy mieć papiery z super uczelni, trzeba zapierdalać codziennie nad sobą, żeby do czegoś dojść. Zgadza się czy żyję w błędzie?

Można powiedzieć, że jestem na to dowodem, ponieważ tych papierów nie mam. Mało tego, uważam, że studia, na które poszedłem, nie miałyby kompletnie wpływu na to, czy grałbym w Eneju, czy nie. Według mnie cecha numer jeden czynnego muzyka to bycie otwartym i miłym. Dopiero potem liczą się umiejętności. Człowieka, dzięki któremu w tym zespole gram, poznałem jeszcze na Bednarskiej, bardzo się wtedy skumplowaliśmy. Oczywiście, prawdopodobnie gdybym nie reprezentował poziomu, potrzebnego do zadania, nie byłoby rozmowy, dlatego owszem, trzeba pracować, ile tylko się da i dać się ludziom poznać.

Odnalazłeś się na polskiej ziemi i jak widać, świetnie sobie radzisz. Jak to się stało, że dostałeś się do zespołu Enej i czy jesteś zadowolony ze współpracy i wszystko się układa po twojej myśli?

Jest fantastycznie. Nauczyłem się tu niesamowicie dużo i zwiedzam świat z naprawdę wspaniałymi ludźmi, facetami, którzy mają ogromną pasję do tego, co robią. Na scenie dajemy z siebie ogromną ilość energii i radości, co jest owocem tego, że bardzo się wszyscy lubimy. I serio… Z tak wielkiej bo w sumie 14-to osobowej ekipy – nikt z nikim nie ma na pieńku. Jest to też zasługa tego, że co jakiś czas spotykamy się wszyscy ( czyli cały zespół i management ) i po prostu gadamy. Wyjaśniamy sobie wtedy różne sprawy, przegadujemy ważne tematy. Staramy się, żeby nie wisiała nad nami jakaś czarna chmura nieporozumień, czy niedogadania. Duża w tym zasługa naszego managera, który ( mam wrażenie ) doskonale widzi, kiedy zaczynają powstawać napięcia i pomaga organizować wspomniane spotkania, na których je rozładowujemy.

Jak wygląda Twoje życia poza zespołem Enej? Prowadzisz lekcję, warsztaty? 

Pozazespołowo troszkę się dzieje, ale nie tyle, bym nie chciał, aby działo się więcej ( śmiech ). W tym roku po raz drugi prowadziłem klasę perkusji na Ogólnopolskich Warsztatach Muzyki Rozrywkowej w Koluszkach. W zeszłym roku jeden dzień ( oprócz mnie Robert Luty i Przemek Kuczyński ), a w tym roku jeden dzień prowadził Paweł Stępień, a ja dwa kolejne. Ogromny zaszczyt! Mam też kilkoro uczniów.

Wiem, ze posiadasz jeszcze inny zespół, ale to bardziej niszowy, instrumentalny projekt, wręcz trochę odjechany, jak na polską rzeczywistość. Co to za projekt, jak się nazywa zespół i skąd pomysł na takie granie?

Roux Spana Beat Trio to moje oczko w głowie. Nie jestem co prawda liderem tego zespołu, ale jest to granie i projekt najbliższy mojemu sercu. Pomysł wypłynął od Andrzeja ( Roux Spana ), aby inspirowani takimi producentami, jak J Dilla, czy Elaquent spróbować jamować z żywymi bębnami i kontrabasem. Pamiętam, że przy naszym takim pierwszym spotkaniu, gdy składaliśmy beat, Andrzej krzyczał i skakał z radości. Gramy hip-hopowe utwory instrumentalne, gdzie bębny często grają nierówno, ale w budujący sposób. Projekt zrodził się w Danii. Mieliśmy tam dużo czasu i możliwości, żeby eksperymentować. Były zakusy aby, aby kilku MC dograło się do tych numerów, ale raperzy są leniwi i w rezultacie za każdym razem postanawialiśmy wydać materiał instrumentalnie. Na koncie mamy płytę i epkę.

Jak to było z Popkiem? Dla mnie gość szczery i prawdziwy do bólu. UWażam wbrew wszystkim krytykom, że zapracował i zasłużył sobie na to, co ma. Jest kozak na polskie warunki, ale w naszym kraju nic nikomu nie pasuje, bo każdy wie lepiej, co jest lepsze. Czy to była sesyjna współpraca z Popkiem?

Moja obecność w muzyce Popka jest wynikiem pracy ze znakomitym producentem Matheo. Zaprosił mnie parę razy do położenia bębnów do jego produkcji i między innymi trafiło na numer Wodospady. Nagraliśmy też do tej piosenki teledysk, na którego planie poznałem Popka – dopiero wtedy!

Czy jest taki groźny, na jakiego wygląda, czy prywatnie to dobry, wrażliwy człowiek w ubraniu tatuaży?

Jest miłym i otwartym człowiekiem, z ogromnym poczuciem humoru, ale bardzo bym nie chciał, żeby jakiś mój żart mu się przypadkiem nie spodobał ( śmiech ).

Porozmawiajmy o instrumentach. Jesteś oficjalnym przedstawicielem bębnów firmy Gretsch i blach Meinl. Czy to świadomy wybór instrumentów, bo takie brzmienie tobie pasuje, czy to propozycja narzucona z góry i opłacało się brać, więc wziąłeś. Jak jest naprawdę?

Pamiętam, że wspomniany tu przeze mnie Tomasz miał ride Meinl Rakers, który bardzo mi się spodobał, potem wszedł w posiadanie crasha Meinl Byzance, od tamtego czasu mam to brzmienie w głowie i wiedziałem, że kiedyś chcę grać tylko na tych blachach. Tomek miał też Gretsch’a Round Badge z lat 60′, którego brzmienie też zawsze mi się bardzo podobało. Kilka lat temu odkupiłem od niego ten instrument. Cóż za szczęście! Brzmienie Gretsch’a to dokładnie to, co słyszę w głowie. Zawsze mnie inspiruje i sprawia, że gram zupełnie inaczej niż na jakimkolwiek innym instrumencie.

 

Czy promujesz jeszcze jakieś firmy oprócz tych dwóch?

Jeszcze nie!

W zeszłym roku odwiedziłeś firmę Gewa w Niemczech w miasteczku Adorf. Co wywarło na tobie największe wrażenie w tym magicznym miejscu, w tzw. świątyni dla perkusistów i ogólnie dla muzyków?

Kto by się nie czuł w takim miejscu jak dziecko w sklepie z zabawkami?!

Warszawa to miejsce dla ciebie i twojej rodziny, czy to miejsce dostosowane do kariery, bo tam się wszystko rozgrywa, twoje być albo nie być – jak to wygląda u ciebie?

Przeprowadziłem się do Warszawy mając 17 lat i szczerze mówiąc, przy mojej profesji, nie wyobrażam sobie w Polsce innego miejsca do mieszkania. Mam tu dużo znajomych, których poznałem jeszcze w szkole na Bednarskiej i jeśli muzycznie robię cokolwiek innego poza Enejem, to jest to bezpośrednio związane z tym miastem.

Co dla ciebie jest bardziej istotne w graniu, w muzyce ogólni, serducho czy technika?

Naturalnie serducho, ale uważam, że technika jest niezbędnym narzędziem do przekazania tego, co w nim siedzi. Ma bezpośredni wpływ na brzmienie i egzekucję tak zwanego groov’u. Daję swobodę w poruszaniu się po instrumencie.

Jesteś zapracowanym muzykiem, więc większość czasu spędzasz poza domem. Powiedz mi, jak to godzisz z życiem prywatnym, dajesz radę?

Rzeczywiście pracy jest sporo, ale nie dajmy się zwariować. Takiej bardzo konkretnej pracy z zespołem mamy 5 miesięcy w roku w tak zwanym okresie sezonowym ( maj wrzesień ). Oczywiście pracujemy cały rok, nagrywamy, próbujemy, ale okres jesień/zima jest chyba dla wszystkich muzyków momentem lekko spadkowym. Lubię ten czas. Inwestuję go między innymi w nadrabianie muzycznych i technicznych zaległości. Czasem jakieś zastępstwo czy studio.

Kim będzie Kornel Kondrak za 10 lat?

Mam nadzieję, że wciąż spełnionym artystą, do tego ogarniającym ProTool’s. Pracuję nad tym.

 

Materiał przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Foto: Karolina Pospiszyl i Krystyna Janusz

 

HAJER LEVEL. Warsztaty Perkusja & Bas – Praca w sekcji rytmicznej!

Stowarzyszenie AS czyli Artyści Siemianowicom, Siemianowickie Centrum Kultury oraz organizator warsztatów Drumset Academy, kolejny raz potwierdziły, że perkusja to bardzo egzotyczny instrument, który przyciąga coraz więcej widzów, zainteresowanych grą. Uważam, że Śląsk to ludzie bardzo dbający o tradycję, ludzie którzy nie burzą i nie zapominają, lecz odnawiają i dają nowe życiem starym miejscom. Przykład? Kopalnie. Ze starego szybu można przecież zrobić świetne miejsce,przekształcić je w świat kultury i organizować imprezy ogólnomuzyczne na wysokim poziomie.

Dlaczego Hajer? Kojarzy się z wysokim poziomem prawda? I bardzo dobrze, bo tak miało być i tak było, więc nazwa warsztatów trafiona          w dziesiątkę! Ale Hajer to nie ‚wysoki’ ani ‚wysokość’ lecz ‚Górnik Strzałowy’, więc i nazwa jest wymyślona z szacunkiem dla tradycji             i górników. Jednak kojarzy się z poziomem jakości i taki był zamysł.         W przyszłości może powstanie Hajer Level Piano lub Guitar Workshop.

Dzień I

Pierwszy dzień warsztatów rozpoczął się o godzinie 12:00. Impreza była trzypoziomowa. Warsztaty perkusyjne odbywało się na pierwszym piętrze w głównej sali koncertowej, gdzie woje lekcje prowadził Piotr Czyja            z Drumset Academy. Na tym samym poziomie były wystawy gitar basowych firmy Ibanez, blach perkusyjnych Meinl, werbli firmy Łukawski oraz instrumenty perkusyjne typu Cajone firmy Schwug Cajon. Na parterze czyli poziomie wejścia do szybu, znajdowały się stoiska z informacją          i stoiska z gadżetami, upominkami i prezentami.

Jednym z ciekawszych miejsc na Hajer Level, szczególnie dla młodych pasjonatów perkusji, było stanowisko do sprawdzenia swojej szybkości gry. Można tam było wystukać największą ilość jedynek na elektronicznym padzie, liczącym uderzenia. Takie rzeczy to już jednak dla sportowców, a nie muzyków. Zabawa mimo to byłą przednia. Kolejnym ciekawym stanowiskiem była scena z elektronicznymi bębnami firmy Black Hawk.

Na poziomie minus jeden czyli pod ziemią, „wągiel wydobywoł”Kosma Kalamarz ze swoimi studentami. Poziom zero i minus jeden przypominał wiele z kopalnianych lat i tworzyło to świetny klimat. Kosma w mrocznym klimacie tłumaczył harmonie na basie, która świetnie współbrzmiała         z miejscem, gdzie trenowali basiści. Gdybym był basistą, chciałbym uczyć się od Kosmy, ma dar nauczania. W przerwach można było pograć na wystawionych instrumentach, a na zakończenie odbyły się losowania         i rozdania nagród, co jak na pierwszy dzień było zaskoczeniem. Impreza jeszcze dobrze się nie rozkręciła, a tu już nagrody i upominki? Fajnie! Głównymi nagrodami były werbel firmy Tama, model SLP oraz gitara basowa Ibanez. Na koniec pierwszego dnia odbyło się jam session w przyjaznej kawiarence/restauracji, która również znajdowała się na poziomie minus jeden.

Ku mojemu zaskoczeniu, Peter Szendofi jako pierwszy zagrał jam session, ale nie na perkusji lecz na klawiszach i zagrał lepiej niż nie jeden klawiszowiec. Był tu smak, melodia i groove. Peter to bardzo utalentowany muzyk, który został doceniony przez świat i doskonale prowadzi swoją karierę. Niedawno wrócił z Kanady z nagrania dla kanały Drumeo, nagrał swoją solową płytę Quintessence ze światowej klasy muzykami.                    A zobaczyliśmy skromnego muzyka, który zasiadł za piano i zagrał            z Piotrem na bębnach i Kosmą na basie – mega trio! Oczywiście nie postrzegajmy skromny jako chodzących ludzi z głową w dół, bo nie na tym polega skromność, lecz wyczuwa się to w jego zachowaniu, to po prostu klasa sama w sobie. Jam session oblężone było głównie przez młodych ludzi, którzy czekali na swoją kolej, a najbardziej aktywni byli ci najmłodsi, co bardzo cieszy i rokuje dobrze na przyszłość.

Dzień II

Dzień drugi przebiegł w luźniejszej atmosferze, chociaż nie obyło się bez emocji. Zajęcia miały odbyć się o godzinie 12:45, ale niestety panowie akustycy nie do końca znali się na funkcji akustyka i mieli problem            z nagłośnienie perkusji, który przedłużył rozpoczęcie o jakieś 45 minut.      W zawodowym świecie to nie realne, ale jak widać, czasami się to zdarza… Sytuacja została opanowana i Peter rozpoczął swój solowy występ. Oczywiście rozpoczął od utworów z swojej solowej płyty, a zaraz po tym zaprezentował solo. Po solówce rozpoczął pokaz ćwiczeń, które sam na co dzień używa. Bardzo czysto i zrozumiale pokazywał wszystkie ćwiczenia, głównie oparte na jedynkach i dwójkach, więc dla początkujących perkusistów było to świetne przedstawienie, ale również dla zawodowych muzyków, pojawiło się wiele przydatnych szczegółów.

Jedynkami i dwójkami Peter operował na całym zestawie, rozwijając je na całym zestawie, z akcentami na blachach, przekładaniem rąk itp. Przede wszystkim najważniejsze w tych ćwiczeniach jest dokładność, więc bardzo ważne jest aby ćwiczyć wolno i dokładnie i z czasem przyspieszać, kiedy ćwiczenie jest już opanowane. Niestety nie drogi na skróty.

Kiedy padło pytanie, kiedy został zawodowym muzykiem, odpowiedział skromnie, że to konsekwencja systematycznego grania, ćwiczenia, promowania siebie, budowania swojej kariery. Konsekwencja i codzienna praca nad sobą. Lepiej 25 minut dziennie i mądrze i niż 8 godzin raz         w tygodniu i bez sensu.

Bas

Na poziomie zero słychać było dźwięki wielkiego basisty Andrew Lauer. Jego aksamitna grana basie była tak piękna i melodyjna, że ledwo utrzymałem aparat w rękach. Jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałem tak pięknie granych dźwięków.

Niesamowite podejście do uczniów, totalny luz. Andrew mówił do swoich uczniów, żeby nie skupiali się na technice, tylko żeby opowiadali swoją historię , grając na basie… Aż chciało się grać na basie, mimo że nie umiem ;-)…

 

Konkurs Black Hawk Cyber Drums

W przerwie odbył się konkurs młodych talentów na najlepszy groove – na elektronicznych bębnach firmy Black Hawk. Fajnie jest obserwować, jak młodzi ludzie, jeszcze w sumie dzieciaki, lgną do perkusji, żeby grać bez końca, nie zawsze poprawnie, nie zawsze równo, ale z takim oddaniem, którego u starszych kolegów czasami brakuje.

Konkurs na najlepszy groove wygrała Amelka Spich oraz Dawid Siemek. Nagrody jakie otrzymali za wygrany konkurs to: naciągi firmy Evans, płyta Petera Szendofi, koszulki oraz gadżety Hajer Level.

Koncert finałowy

Po konkursie emocje unosiły się w całym budynku i rosły z minuty na minutę, ponieważ przed nami był jeszcze koncert finałowy Andew ‚The Bullet’ Lauer Band, kóry zamykał warsztaty Hajer Level. Nikt chyba nie wiedział czego się spodziewać, ponieważ Andrew Lauer to wschodząca gwiazda basu i jeszcze nie wszyscy go znają.

Koncert był pod znakiem zapytania, co będzie nam dane usłyszeć. Koncert rozpoczął się od mocnego funkowego uderzenia, które wgniotło wszystkich w krzesła. Wielkość a zarazem skromność młodego Andrew odczuwalna była w jego grze, która była bardzo osadzona, z tłustym groovem, wypełniona melodią i świetnym wokalem muzyka, czego chyba nikt się ni spodziewał jeśli go wcześniej nie znał.Nikt sobie nie przeszkadzał ale przecież na tym poziomie, nie ma mowy o chaosie na scenie. Perkusista Christian Hulsmann – mniej znaczy więcej. Daniel Kruger – absolutnie doskonała harmonia i urocza saksofonistka – Michelle Labonte, która bardzo smacznie wypełniała miejsce dla siebie na solówki czy unisona z Andrew.

Podsumowanie

Hajer Level do kolejny dowód na to, że dla chcącego nic trudnego. Wystarczy pomysł, szczere chęci zrobienia czegoś fajnego, zainteresowania tym sponsorów i działamy. Oczywiście nie od razu Rzym zbudowano, więc trzeba wyciągnąć wnioski z pierwszej edycji, zastanowić się, co poprawić, co zmienić, dodać lub odjąć i budować kolejną edycję czy kolejne pomysły.

Dobrych rzeczy nigdy za wiele. Dbanie o kulturę muzyczną na jak najwyższym poziomie to podstawa, więc jedziemy z koksem i do zobaczenia na kolejnej edycji HJ. Wielkie brawa dla całej ekipy Hajer Level za solidną robotę.

 

Przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: Agnieszka Litarska

GK Music… Grzegorz Krawczyk!

         

Jeden z czołowych polskich perkusistów, a zarazem świetny nauczyciel gry na perkusji. Oficjalnie perkusista zespołu DETOX, z którym jest związany już 21 lat. Poza tym jego akcesoria perkusyjne   GK Music są znane w całej Polsce. Jest ich twórcą i razem z żoną rozwijają firmę           o kolejne akcesoria aby sprostać wymaganiom perkusistów                         z którymi współpracują i również potencjalnym klientom. GK Music oferuję takie produkty jak pady do ćwiczeń, poduszki tłumiące, shakery, rózgi oraz bardzo oryginalne nakrętki.

Oczywiście, nie obeszłoby się w dzisiejszych czasach bez nowoczesnych mediów, które Grzegorz w 100% wykorzystuje i na swoim kanale youtube udostępnia lekcje gry na perkusji. Poza lekcjami, realizuję również testy blach Sabian oraz naciągów firmy Aquarian, których jest oficjalnym endorserem. Wszystkie filmy z testami również znajdziecie na jego kanale yt.

Poza tymi wszystkimi tematami perkusyjnymi, które Grzegorz realizuje, prowadzi bardzo szczęśliwe życie, do grania, muzyki i życia podchodzi     z wielkim entuzjazmem, kieruje się potęgą podświadomości i wierzy mocno w to co robi, i nigdy nie narzeka, ponieważ uważa że to strata czasu. Kiedy widzi, że może się jeszcze czegoś nauczyć , bierze życie        w swoje ręce i inwestuje w szkolenia czy warsztaty, aby cały czas się rozwijać i nie stać w miejscu. Jest bardzo otwartą osobą i bardzo dobrze się z nim współpracuje, bo podstawą w tej branży jest, bycie fajnym człowiekiem.

Zespół DETOX, z niego jesteś najbardziej znany, to już 21 lat grania. Jak to wygląda dzisiaj, czy nie znudziłeś się graniem przez tyle lat w tym samym zespole? 

21 lat, kiedy to minęło… Fakt, to sporo czasu jak na jeden zespół, ale gram w nim do dziś więc nie jest tak źle (śmiech).  Jeśli chodzi o zespół, to wiesz jak to bywa, są lepsze i gorsze chwile. Nam pomogły zajęcia z Art Coachingu i Mental Coachingu, czyli praca nad sobą, nad swoimi emocjami, ograniczeniami oraz nad relacjami w zespole, co mówiąc szczerze nie było łatwe. Spotkania mieliśmy raz  w tygodniu przez cztery lata. Zaczęliśmy chodzić w 2010 roku, wtedy jeszcze          z innym basistą i klawiszowcem, i to między innymi pozwoliło nam tyle przetrwać razem.

Wiem, że oprócz twojego macierzystego zespołu, realizujesz się jeszcze w innych projektach. Czy możesz mi opowiedzieć, co porabiasz kiedy nie grasz z Detoxem? 

Kiedy nie gram z Detoxem prowadzę zajęcia gry na perkusji. Coraz częściej jestem też zapraszany jako perkusista sesyjny, co mnie bardzo cieszy, bo lubię nagrywać. Dodatkowo fakt, że posiadam studio w domu, w którym również mogę coś nagrać i przesłać komuś, sprawie że jest to bardzo wygodne i szybkie. Oprócz tego udzielam się w innych zespołach jak na razie w formie zastępstw. Do tego wszystkiego GK Music – moje produkty perkusyjne!

Ostatnio bardzo dużo udzielasz się w stronę nauczania gry na perkusji, nagrywasz filmy, prowadzisz kanał na youtube, gdzie umieszczasz systematycznie lekcję. Odczuwasz jakieś zmiany, przychodzą ludzie do ciebie, którzy chcą grać, czy przesyt w internecie nie pozwala przebić się twoim filmom? 

Oczywiście, nagrywanie filmów edukacyjnych pozwala na dotarcie do coraz większej liczby odbiorców. Zarówno tych, którzy mogą się czegoś nauczyć oglądając je oraz do tych, którzy przychodzą później do mnie na lekcje. Ja oprócz tego, że uczę indywidualnie w Krakowie, uczę również on-line przez komunikator Skype, gdzie mam uczniów zarówno z kraju jak i zza granicy.

Oprócz nagrywania lekcji, realizujesz ostatnio testy blach Sabian, na których grasz, których jesteś przedstawicielem na Polskę. Jaki masz do tego stosunek,  czy wychodzi to z ciebie, i robisz to dla swojej autopromocji czy zależy ci żeby rozkręcić Sabiana w Polsce, bo moim zdaniem jego promocja ostatnio chyba zaspała i nic się nie dzieje z ich strony? 

Bardzo lubię robić testy, nie tylko dla Sabiana, ale również dla Sakae i Aquariana. Robiąc testy poznaję różne serie talerzy, bębnów i naciągów, jest to bardzo pomocne np. w doborze odpowiedniego brzmienia do studia lub koncertów live. Moim zdaniem, muzyk (endorser) marki z którą współpracuje i reprezentuje powinien ją poznać lepiej niż tylko powierzchownie. Jest to bardzo rozwijające oraz pomocne również kiedy ktoś zadaje Ci pytanie, dlaczego taki werbel, blacha albo co byś polecił, bo gram to czy tamto.

Aquarian to, kolejny temat, który mocno promujesz w Polsce, również nagrywasz filmy i testujesz ich produkty. Jak oceniasz Aquariana, bo ja myślę,  że zaczynają deptać po piętach firmom takim jak Remo czy Evans? 

Myślę, że Aquarian jest bardzo mocną firmą naciągową nie tylko w Polsce, ale też i na świecie, należy do czołówki. Fakt jest taki, że kiedy zaczynałem grać na perkusji Remo było wszędzie, potem Evans, a dopiero później Aquarian. Sam wiesz, że reklama oraz przyzwyczajenie ludzi robi swoje. Ja wybrałem Aquariana choćby na fakt jakości wykonania, bardzo dobry film, powłoka coated mega wytrzymała (czego niestety nie można powiedzieć o Remo), no i przystępna cena. Z Evansami miałem najmniej wspólnego, oprócz naciągu na stopę typu EMAD. Wiesz, jak to kiedyś komuś powiedziałem, Aquarian to nie Remo, czy Evans          to Aquarian, i jeśli ktoś będzie szukał takiego samego naciągu w Aquarianie        co np. w Remo to nie znajdzie, znajdzie podobny, ale nigdy taki sam. Kwestia kupienia paru sztuk i przetestowania, najlepiej przy zgaszonym świetle, ponieważ czasem przyzwyczajenie do loga bierze górę nad brzmieniem :-)…

Trochę mało o życiu ale o tym za chwilę. Porozmawiajmy o Sakae, jak to się stało i dlaczego akurat ta marka, co takiego cię w niej ujęło lub kto, bo nie zawsze chodzi tylko o sam produkt 

Sakae, pięknie brzmiący i wykonany instrument, ale wróćmy do początku!

W swoim życiu przerzuciłem wiele zestawów. Miałem Ludwiga, kilka zestawów Mapexa, Yamahe, Ddrum’a, DW, Premiera i Pearla. Po tym jak przeszło mi jaranie się nowościami i firmami, którą są w gazetach, zacząłem patrzyć albo raczej słuchać brzmienia i szybko wróciłem do starych bębnów, gdzie korpus to korpus,  a nie wydmuszka, gdzie dźwięk jest konkretny, a nie buczący itd. Miałem wtedy dwa zestawy Premier APK z 1995r którego używałem na koncertach live oraz Pearl WLX z 1987r, na którym nagrywałem. Wtedy stwierdziłem, że nie chcę mieć nowych bębnów, bo żadne jakoś do mnie nie przemawiają i nie interesowały mnie jakieś kontrakty endorserskie, dla samego faktu ich posiadania. Wiem,        że o tym kiedyś rozmawiałem z Maćkiem Nowakiem z Perkusisty i on zapytał:    „a nie myślałeś o Sakae?”, a ja „Sakae? Hmm… coś kojarzę, a kto to ma…” I tak się zaczęło, miesiąc później pojechałem do Kalisza do Arka i Sebastiana (Music Partners) przedstawicieli Sakae. Pojechałem tak na chłodno, bez żadnej podjarki, bo jak mówiłem wcześniej, nie chciałem niczego brać. Oczywiście było miłe przyjęcie mojej osoby, usłyszałem na wstępie tylko tyle „tam masz pudła, bierz   co chcesz, bierz i graj”. I tak spędziłem cały dzień u nich w firmie ogrywając każdy instrument, rozmawiając. Po krótkiej chwili grania było WOW, te bębny są świetne. Urzekła mnie bardzo wysoka jakość wykonania, proste a zrozumiałe rozwiązania, choćby nawet mocowanie tom holderu od dołu i poczułem, że to jest to czego gdzieś tam podświadomie szukałem, że jest to brzmienie dla mnie             i docelowo wybrałem zestaw The Almighty Maple.

Oprócz świetnych bębnów, fajny i konkretny dystrybutor, co jest bardzo ważne oraz ludzie z Sakae, Eizo Nakata (prezesa firmy oraz wnuka założyciela Sakae     w 1925r), którego miałem okazję poznać w 2016 r podczas targów Music Messe we Frankfurcie oraz Noriko Nakano (artist relation), która parę dni po targach przyleciała na krótkie wakacje do Krakowa. Podczas kolacji z Noriko, poznałem historie bębnów Sakae. Co najważniejsze firmę Sakae tworzą na prawdę bardzo mili i o wysokiej kulturze ludzie.

Twoje produkty GK Music, skąd pomysł na twoje akcesoria perkusyjne i jak obecnie się rozwija twoja współpraca z polskim rynkiem, gdzie można zakupić twoje produkty i może opowiesz szerzej o tym co masz do zaproponowania dla perkusistów? 

Wszystko zaczęło się od rózg. Tak naprawdę do ich stworzenia zainspirował mnie Sławek Berny. Przyjaźnimy się od lat i w czasie jednego z naszych spotkań Sławek wspomniał o tym, że zrobił sobie rózgi. Pomyślałem, że i ja zrobię dla siebie. I tak się zaczęło. Choć od tego czasu minęło już sporo i z pierwszych modeli, które były dostępne w sprzedaży nic już nie zostało, oprócz starych testów w Magazynie Perkusista czy gdzieś w internecie. Każdy model jest testowany i z czasem udoskonalany. Wracając do Sławka to już w ścisłej współpracy z nim powstały dwa sygnowane przez niego modele rózg, które są w ofercie GK Music.

Zaczęło się od rózg, potem doszły pady do ćwiczenia, poduszka do tłumienia centrali, nakrętki na statywy do blach w kształcie czaszek, shakery aluminiowe      i mosiężne. Oferta się powiększa i będą kolejne nowości jeszcze w tym roku, bo wiesz, jak jesteś otwarty na nowe rzeczy i pomysły, to one same przychodzą Ci    do głowy. Potem to kwestia opracowania i wykonania. Ja ogromną uwagę przywiązuję do jakości oraz do ceny, by produkty GK Music były dostępne dla każdego. W większości wykonywane są ręcznie, więc materiały, z których              są produkowane, cały czas są pod kontrolą.

Wiele osób, które nie znały dobrze produktów GK myślały, że są robione                  w Chinach, ale nie są. Wszystkie są robione w Polsce i to ręcznie!

Przejdźmy do życia, bo przecież ono jest równie ważne, a wręcz najważniejsze, bo inspiruje nas do tworzenia, grania, rozwijania się. Kto i też co inspiruję cię  do grania na perkusji? 

Hmm… dobre pytanie, kto mnie inspiruje… Nie będę oryginalny jak powiem,       że Jeff Porcaro, Simon Phillips, czy Bernard Purdie, ale te wielkie nazwiska jak najbardziej tak, jak i takie zespoły jak U2, Rolling Stones, czy Metallica… Jest ich wiele i wymienić można masę i to w każdym dniu ktoś inny, bo czasem włączysz jakiś film na YT czy FB i się zainspirujesz.

Inspiracja do grania jest cały czas wokół nas, jedna nas motywuje, a inna dołuje, pytanie czy się poddamy i przestaniemy, bo czasem życie nie rozpieszcza, czy postanowimy sobie, że się nie poddajemy i cały czas dążymy do celu, który każdy z nas ma gdzieś w swojej głowie wyznaczony.

Wielką inspiracją jest moja rodzina, moja żona i mój syn.

Motywacja, bardzo ważna umiejętność, którą musimy budować każdego dnia aby zejść do salki i ćwiczyć, bo z reguły człowiek jest leniwy i musi się targać        z sobą, aby coś osiągnąć. Jak to wygląda u ciebie, czym się motywujesz                do systematycznych ćwiczeń, czy to prostu miłość do bębnów i tyle? 

Trochę Cię wyprzedziłem z tym pytaniem i trochę odpowiedziałem wcześniej,     ale można czasem inspirację porównać do motywacji, bo ten co Cię inspiruje także Cię motywuje. Systematyczne ćwiczenie jest bardzo ważne, ale zrobienie sobie przerwy też, ponieważ jak nasz mózg będzie żył w monotonii i w kółko robił to samo (w sensie ćwiczeń w tym przypadku), to istnieje możliwość zapętlenia   się i zgubienia celu po co to robimy. Ludzie z reguły są leniwi, jedni mniej, drudzy bardziej, ale są. Dlatego trzeba się zmuszać (i ja się zmuszam) do pewniej systematyczności, bo inaczej się poplączemy i zagubimy. Czasem lepiej jest oglądnąć coś w necie, poczytać. Ty dużo fajnych tekstów motywacyjnych wrzucasz na FB, które dają do myślenia i rozwijają, jeżeli oczywiście coś w tym kierunku zrobimy. Moim zdaniem trzeba być otwartym, a intuicja sama podpowie co dla nas jest dobre w danym momencie, czy zejść do salki i poćwiczyć, pograć               na bębnach, czy zrobić cokolwiek innego. Jak wiesz, uczę metodą Drum Coachingu i to, o co zapytałeś teraz to jest temat, który często poruszam podczas zajęć. 

Trzeba również pamiętać o tym, że podstawową zasadną grania, czy robienia czegokolwiek jest miłość do tego, pasja, radość, którą z tego czerpiemy lub jakkolwiek ktoś to nazwie, bez tego wszystko co robimy będzie bez życia.

Przypomniało mi się, kiedy opowiadałeś o spotkaniu z Dom Famularo, kiedy wydawało ci się, że jesteś bardzo zajętym perkusistą… i wtedy do Polski przyleciał Dom i zderzyłeś się z ścianą krytyki… Co konkretnie wtedy Dom miał na myśli prostując cię, że jednak znajdziesz więcej czasu jeśli tylko będziesz tego bardzo chciał? 

Tak, pamiętam to spotkanie. Jak wiesz Dom jest bardzo pozytywną i prawie zawsze uśmiechniętą osobą, ale do tego jest stanowczy i wszystko co osiągnął      w swoim życiu może zawdzięczać swojej ciężkiej pracy, determinacji i nie poddawaniu się.

Pamiętam, jak był ostatnio w Krakowie. Siedzimy przy kawie, a on pyta czy już mam to, o co mnie prosił jakiś czas temu, a ja że nie, bo nie miałem kiedy. Wtedy uśmiech zniknął mu z twarzy, popatrzył się na mnie i powiedział „Ty jesteś zapracowany? …wydaje mi się, że ja mam mniej czasu, a potrafię więcej zrobić na czas niż Ty…” Wtedy porozmawialiśmy o organizacji czasu, że im lepiej go sobie zorganizujesz, to będziesz robił więcej, i będziesz miał jeszcze chwile dla siebie. Pamiętam, że mi powiedział na koniec „jak Ci go brakuje, to śpij krócej,                 to będziesz miał go więcej” :-)…

Czy po tym spotkaniu zmieniło się coś w twoim życiu? Pan Famularo, jakim jest człowiekiem prywatnie? 

Zmieniło się to, że zacząłem bardziej działać teraz, a nie odkładać na później.      W tym czasie wszystko się tak jakby nałożyło na siebie, spotkanie z Dom’em            i początki Art Coachingu w zespole. Dom Famularo jest bardzo fajnym człowiekiem, cały czas rozwija się jako muzyk, perkusista, edukator, biznesmen, marketingowiec… co dla mnie jest niesamowite. A na dodatek, to co jest ciekawe, on przestał ćwiczyć w 1982 r, a gra coraz lepiej, bo jak mi powiedział: „byłem młody to zajmowałem się ogarnięciem zestawu i techniką, teraz rozwijam           się jako człowiek i to się przekłada na moją grę”.

Złapmy rzeczywistość! Co myślisz o obecnym rynku muzycznym, czy nie odczuwasz w pewnym sensie przepychu, przewagi kiczu nad dobrą muzyką, przewagi pseudo perkusistów nad solidnymi perkusistami i ten przepych informacji w internecie, czy to nie miesza w głowach młodych ludzi? 

Dobre pytanie, nie chce tu nikogo oceniać jak gra albo gdzie gra, ale generalnie rynek muzyczny, ten Show Biznes trochę większy nacisk kładzie na biznes, na produkt, który trzeba szybko zrobić, szybko sprzedać i szybko na nim zarobić. Każdy to wie i każdy to widzi, oczywiście jest wiele polskich artystów, którzy oprócz tej całej machiny tworzą dobrą muzykę, dobre piosenki i grają świetne koncerty.

Nie rozumiem tego, dlaczego wersje koncertowe u niektórych artystów diametralnie się różnią od tych puszczanych w radio. Kilkakrotnie natknąłem    się na to, że jest gwiazda światowego formatu, której piosenki w radiu mi się nie podobają, a koncerty gra w takich aranżacjach i w takim wykonaniu, że buty spadają. 

To co może mieszać młodym ludziom w głowach, to tzw. lanserka,                              i gwiazdorzenie i sztuczność, co nie do końca przekłada się na poziom gry…

Dlatego zadałem to pytanie, bo dzisiaj dzieciaki mówią – „tak się teraz gra       bo to jest modne”, ale przecież to nie o to chodzi… Jesteś człowiekiem, który goni modę grania czy jesteś wierny sobie i idziesz niezłomnie swoją drogą, którą uważasz za słuszną? 

Wiesz, muzyka jest jedna, to ludzie ją podzielili. Nie ma czegoś takiego, że coś jest nie modne, jak zagrasz dobry groove, to on nigdy nie staje się niemodny. To          o czym mówiłem wcześniej, szczególnie młodzi perkusiści ulegają tzw. modzie grania, chopsom, lansowania się.. Ja też z tym miałem problem, ćwicząc czy grając zastanawiałem się, czy gram tak szybko jak ktoś, czy jeszcze nie… a czy jak tak nie będę grał jak ktoś tam, to czy zostanę zauważony, itp… Jakiś czas temu powiedziałem sobie stop, to prowadzi mnie donikąd. Oczywiście trzeba, a nawet należy, poznać różne style gry, groovy i być na bieżąco z różnymi nowościami muzycznymi, bo to nas kształtuje. Należy o tym pamiętać, że każdy jest inny           i każdy ma inne brzmienie i nigdy nie będziemy lepsi od oryginału, będziemy tylko dobrą kopią.

Zasady są wszędzie te same, trzeba się do nich dostosować, bo bez tego nie będziemy w ogóle grać. Perkusja się rozwija, powstają zestawy hybrydowe, masa efektownych talerzy, werbli, należy, a nawet trzeba to poznać, sprawdzić,            bo może dana rzecz posunie nas we właściwym kierunku… Życie to wędrówka,      a co znajdziemy po drodze, nie wiemy :-)…

Mówię też o tym, by w tym wszystkim poszukać siebie, być sobą i nie dać się wciągnąć w sztuczny świat…

Pomyśl, twoja kariera się kończy, kasa się kończy, nie ma pracy w twojej muzie, i dostajesz telefon od jakiejś gwiazdy Disco Polo, i co wtedy robisz, bierzesz         to czy mówisz – olewam to, wolę nie grać i robić coś innego? 

Haha, dobre! Ja nie mam się o co martwić, bo jestem perkusistą, a żadna żadna gwiazda Disco Polo nie zadzwoni do perkusisty, więc problem mam z głowy!       Ty masz inaczej, bo jeszcze śpiewasz, więc pytanie kieruje do Ciebie, haha ;-)…

Haha, odpowiem ci przy okazji ;-)… A teraz powiedz mi, jakie plany przed Tobą, na co stawiasz teraz, na promocję swoich produktów czy bardziej na granie, ćwiczenie, koncerty? 

Powiem tak, na wszystko! Wszystko co robię, lubię robić. Bardzo podoba mi się określenie Michała Wawrzyniaka (Mental Way) „Zawsze i wszędzie możesz wszystko”. 

Cały czas rozwijam ze swoją żoną firmę GK Music. Wracam również po krótkiej przerwie do nagrywania lekcji na mój kanał YT. Staram się codziennie rano pograć (poćwiczyć), rozwijać oraz cały czas prowadzę zajęcia i gram koncerty.

Tak jak ostatnio podczas naszego spotkania rozmawialiśmy, jesteśmy ludźmi, którzy w danej sytuacji, chwili, przybierają różne role. Raz jesteś perkusistą,       raz edukatorem, raz kierowcą itd. Ja tych ról w życiu zawodowym mam wiele,       a jeśli chodzi o codzienność, to jest ich więcej, sam wiesz… 

Kilka słów od siebie w stronę młodych perkusistów? 

Cieszcie się graniem, dążcie do celu, który sobie założyliście, inwestujcie w siebie, nie poddawajcie się, bądźcie sobą i cały czas się rozwijajcie, tym bardziej póki jesteście młodzi i macie mnóstwo wolnego czasu, bo potem nie dość, że czas szybciej mija, to jest go coraz mniej…

…a w razie pytań, jestem do dyspozycji!

 

Materiał przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: archiwum Grzegorz Krawczyk, Dorota Ostrowska i Anna Szot.

Caban Drummer Fest – „Bębny w swoje ręce!”

Magazyn Perkusista vs Paweł Larysz

18 marca w Starej Kotłowni w Chrzanowie odbyło się bardzo interesujące spotkanie perkusyjne, o którego przebiegu trzeba z pewnością szerzej opowiedzieć. Jest to doskonały przykład na to, jak dużo w budowaniu kariery perkusyjnej zależy od nas samych.

Zapowiadając Caban Drummer Fest napisaliśmy że bębniarze zamiast siedzieć wieczorem  z nosami w tabletach wzięli sprawy w swoje ręce i zorganizowali spotkanie perkusyjne, gdzie aktywnie mogli pobębnić i wymienić się doświadczeniem. Z drugiej strony nie ukrywamy, że gdzieś tam między sobą w redakcji mówiliśmy, że przebieg imprezy nie spełnił wymogów określenie Fest. Mimo, że nie było żadnych wielkich gwiazd i Chrzanów z pewnością stolicą perkusji nie jest, impreza wypaliła jak prawdziwa petarda. Możliwe, że to właśnie w tym tkwił sukces pierwszej edycji, bo jak dowiadujemy się zapowiadane jest kolejne spotkanie. Pamiętajmy jednak, że każda konwencja szybko się wyczerpuje, a poziom zainteresowania nie jest łatwy do utrzymania w kolejnych edycjach. Dlatego też organizatorzy muszą stawiać kroki niezwykle przemyślane, chociaż duża nadzieja tkwi po prostu w ludziach, którzy mają ochotę spędzić przyjemnie czas wśród bębnów. Wielkie miasta są mocno zmanierowane i nie zawsze chce się iść na jakiś pokaz ( bo przecież zaraz będzie ktoś następny…). W Chrzanowie przyjemna atmosfera i brak napinki może być kluczem do sukcesu. O tym wszystkim opowie nam nasz dobry znajomy, którego materiały często goszczą na naszych łamach. Aktywny perkusista Paweł Larysz był jednym  z wykonawców podczas festiwalu. Oprócz niego zagrali także, Jakub Kurdziel, Wiktor Palik i Eryk Gruca.

Malutki Chrzanów i brak tzw. wielkich gwiazd perkusji. Teoretycznie impreza nie miała prawa się udać…

Rzeczywiście, nie mamy w Chrzanowie wielkich nazwisk perkusyjnych, ale za to mamy wielu utalentowanych perkusistów. Dlatego został stworzony ten festiwal, by pokazać lokalnych perkusistów i to, jak bardzo kochają grać na perkusji. Duże nazwiska też kiedyś były małe, nieznane, dlatego zaczyna się od zera, aby dojść na szczyt. Mimo braku wielkich nazwisk impreza się udała, bo włożyliśmy w to nasze serca, a nazwiska buduje się latami! Pomysł wyszedł od Konrada Wichra, który pracuje  w Chrzanowskiej Telewizji Lokalnej. Jako pierwszego uczestnika zaprosił Eryka Grucę i od tej chwili wspólnie nakręcali Caban Drummer Fest. Chodziło o to , żeby pokazać ludziom, że perkusiści to ciekawi ludzie, indywidualiści, zazwyczaj schowani z tyły sceny. Chcieliśmy dać innym możliwość spotkania się z perkusją w cztery oczy, możliwość porozmawiania z perkusistami, a nawet spróbowania swoich sił w konkursach, które zorganizowaliśmy.

 

Skąd twoja obecność?

Zostałem zaproszony jako gość specjalny i oczywiście zgodziłem się, ponieważ kocham grać na bębnach. Pomyślałem, że dam ludziom dużo pozytywnej energii moja grą i zaangażowałem się bardzo w ten festiwal. Zależało mi na jego sukcesie, chcieliśmy przyciągnąć jak największą liczbę osób i udało się, wręcz przerosło nasze oczekiwania i klub był wypełniony po brzegi, z czego bardzo się cieszę. Okazuje się, że sama perkusja budzi większe zainteresowanie niż koncerty zespołów, na które chodzi coraz mniej ludzi, pewnie z czystego lenistwa. Jednak perkusja to serce muzyki i jest bardzo widowiskowym instrumentem, więc ludzie przybyli zaciekawieni, co będzie się działo. Chcieliśmy dać im coś, czego jeszcze w Chrzanowie nie było, a przecież to dobre miejsce na takie imprezy. Chrzanów znajduje się między Katowicami a Krakowem, więc można ściągnąć ludzi z większych miast, bo nie jest daleko, a połączenie jest bardzo dobre. Trzeba działać, uczyć ludzi kultury, odważnie realizować pomysły i przeć do przodu. Już wiem, że odbędzie się kolejna edycja i że odezwali się sponsorzy, chętni wyłożyć pieniądze na rozwinięcie CDF. Super, będzie można zaprosić gwiazdę, która przyciągnie jeszcze więcej ludzi. Stawiamy jednak przede wszystkim na promowanie lokalnych perkusistów, bo jest ich wielu.

Jak wyglądał przebieg imprezy?

Powiem ci, że organizacja była bardzo prężna i jak na pierwszą edycję, to poradziliśmy sobie z tym świetnie. Wspólnie działaliśmy bez żadnego „gwiazdorzenia”. Kolejność perkusistów, którzy występowali na festiwalu, była bardzo dobrze zaplanowana, ponieważ napięcie rosło z występu na występ, ze względu na różnice osobowości i stylu gry oraz mocy z jaką każdy gra, czyli Jakub Kurdziel, Wiktor Palik, Ery Gruca i ja. Jeśi chodzi o Klub Stara Kotłownia w Chrzanowie to idealne miejsce na takie imprezy, duża scena, klub z barem… A więc o klimat i przyjazną atmosferę nie było trudno. Jak na pierwszą edycję, nie było zbyt wiele chaosu i festiwal wypadł profesjonalnie. Rzeczy, które bym poprawił w kolejnej edycji, t na pewno płatny wstęp, bo to też rodzi szacunek dla imprezy i artystów, eliminuje niepotrzebne osoby, choć uważam, że przybyli ci, którzy chcieli przyjść. Jeszcze jedna rzecz, o którą trzeba zadbać, to zatrudnienie konferansjera, który będzie prowadził całą imprezę i dzięki temu odciąży artystów od wzajemnego zapowiadania się. Przyznam, że miało to swój urok, ale przecież nie o to chodzi, żeby się głaskać po głowie, tylko budować coraz lepszy festiwal, a więc do boju. Imprezę wspierały firmy Roland, Music Info ( Aquarian, Sabian, VF ), Music Partners  ( Code, Wincent ), Ada Music ( Zildjian ), StawsS oraz Mapex Polska, a więc wsparcie mieliśmy bardzo duże jak na pierwszą edycję. Byli też tacy, którzy nie wierzyli i nie zaangażowali się z różnych powodów, ale jestem dobrej myśli i wierzę, że w kolejnej edycji będą nas wspierać. Rozdaliśmy bardzo dużo gadżetów i przede wszystkim radość dzieci, które stawiają pierwsze kroki w grze na perkusji, byłą bezcenna. Dwadzieścia lat temu takie wydarzenia były tylko marzeniem. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że takie wydarzenia będą miały miejsce to powiedziałbym , żeby się puknął w głowę, a dzisiaj mamy „perkusjomanię” i to jest piękne.

Pytanie do ciebie jako muzyka. Jakie nauki wyciągnąłeś z występu na tej imprezie?

Muszę popracować nad emocjami. Bardzo się stresowałem, czego już dawno nie czułem w takim stopniu. Granie koncertów to zupełnie inna bajka. To była nowa sytuacja i zależało mi bardzo, żeby wypaliło i dlatego towarzyszył mi stres, a więc byłe częstym gościem w toalecie ( śmiech )… Zrozumiałem kolejny raz, że moja ciężka praca za bębnami ma sens, że to, co robię i jak się temu poświęcam jest doceniane, za co bardzo dziękuję wszystkim, którzy mnie słuchają  i wspierają. Poza tym, trzeba być otwartym i pozytywnych człowiekiem, dawanie ludziom pozytywnej energii jest piękne, i wiem ze, ile z siebie dasz, tyle do ciebie wróci. Czyli tzw. karma. Zrozumiałem, że zrobiliśmy coś absolutnie bardo dobrego dla ludzi i dla siebie, że udało nam się zrealizować wspólny plan i chyba pierwszą w historii chrzanowskiej imprezę perkusyjną, która wzbudziła wielkie zainteresowanie. Dostałem kolejnego pozytywnego kopa do kontynuacji rozwijania siebie, choć nie mam z tym problemu, ale lubię od czasu do czasu dostać dodatkową dawkę emocji, która nakręca mnie do jeszcze bardziej intensywnego ćwiczenia i grania. Kocham być między ludźmi, grać dla ludzi, czuć te naturalne emocje, czuć zapach bębnów, które dostają solidny łomot podczas występów. Trzeba grać, grać i jeszcze raz grać i wspierać się, bo muzyka to nie zawody, tyko piękna sztuka, którą trzeba pielęgnować, rozwijać i dzielić się nią z innymi.

Materiał przygotował: Magazyn Perkusista

Zdjęcia: Foto Projekt 35mm – Paweł Ludwikowski

 

AnVision European Tour 2017…

          AnVision to jeden z czołowych, polskich progresywnych zespołów w Polsce, który niedawno dał się poznać europejskiej publiczności, koncertując po europie z fińską gwiazdą prog metalu Tarją Turunen ( ex wokalistką zespołu Nightwish ).

Zaszczyt ogromny, więc chłopaki dostając propozycję supportu na dziesięć koncertów z Tarją, nie zastanawiali się zbyt długo, bo przecież to wielka szansa, i bez względu na to, jak wiele trzeba w nią zainwestować czasu, pieniędzy, emocji, siły fizycznej i psychicznej, trzeba się zebrać w sobie, spakować do busa i jechać, bo jeśli nie oni to, ktoś inny z przyjemnością wykorzystałby taką szansę.

Chłopaki z AnVision, poukładali priorytety, spakowali torby, instrumenty i wyjechali w trasę, która zajęła im 8000 tysięcy kilometrów, a więc jak na niecałe dwa tygodnie trasy to, spory wynik, a jak ją przetrwali, jak było, na scenie i poza nią, opowiedzą sami, bo jest o czym opowiadać!

Cześć chłopaki!

Marcin: Szacuneczek! Karol: Yo ! Greg: Cześć Chłopaku!

Jak się obecnie czujecie?

M: Pytasz o zdrowie? Jak widzisz, nie jesteśmy już młodzieniaszkami. Każdy z nas czeka już w kolejce do swojego lekarza, kilka lat i będziemy po badaniach ☺ Chociaż wiek to jedno, a to co mamy w głowach to drugie. Cały czas banan nie znika z twarzy i delikatnie mówiąc mamy pojechane.

K: Jak widzisz oni nie są zbyt młodzi, ale to nie ma żadnego znaczenia, czujemy się świetnie i osobiście nie chciałbym bym się zmieniać ! Nadajemy na tych samych falach, i fakt często zdarza nam się być niepoważnym.

G: Akurat częściej jesteśmy niepoważni i to niestety nie przechodzi z wiekiem. Jakoś łatwiej iść przez życie z bananem na twarzy.

Niedawno wróciliście z europejskiej trasy, na której mieliście zaszczyt zagrać z fińską wokalistką Tarją Turunen, dla nie wtajemniczonych – była wokalistka popularnego zespołu Nightwish. Czy jesteście szczęśliwi że spotkało was takie wyróżnienie?

M: To prawda, trasa zakończona. Jesteśmy zadowoleni. Ciężko pracujemy nad budowaniem swojej marki i nie ukrywam, że nie chcemy zamykać się tylko na polską scenę. Jesteśmy sfokusowani na granie dużych koncertów i tras koncertowych przede wszystkim za granicą.

K: Tak to dla nas wyróżnienie i jesteśmy szczęśliwi, że udało nam się z nią zagrać. Zyskaliśmy ogrom doświadczeń i wiedzy potrzebnej do dalszego rozwoju.

G: Granie na innych rynkach dla różnej publiczności uczy dużo szybciej niż granie lokalne – w kraju. Jednego dnia grasz dla Chrześcijan, dwa dni później dla Muzułmanów. Trzeba uważać aby nie popełnić gafy, zwłaszcza jak się ma tendencje do wysublimowanych żartów.

Zacznijmy od sedna sprawy. Jak to się stało, że to was wybrano, jak dotarliście do tej trasy, czy to wasza agencja Metal Music Booking pomogła wam w zorganizowaniu tej trasy?

M: Widzisz, granie w zespole to nie tylko praca przy instrumencie. Staraliśmy się wspólnie prowadzić działania menadżerskie. Na pewnym etapie jednak wiele spraw zaczęło nas przerastać. Większość z nas oprócz AnVision – traktowanego przez nas absolutnie priorytetowo, prowadzi jeszcze swoje firmy, więc zarządzanie i prace menadżerskie nie są nam obce. Oprócz grania, które jest mega ważne, trzeba rozmawiać i ustalać strategie działania. Tak było również z nami. Dostrzegliśmy pewnego rodzaju marazm. Stąd decyzja, że chcemy więcej. Zaczęliśmy szukać rozwiązania. Dzięki MarQusowi rozpoczęliśmy rozmowy z różnymi agencjami menadżerskimi. Wybór padł na Metal Music Bookings. Dostali od nas wytyczne i zaczęli działać. Efektem tej współpracy była właśnie trasa z Tarją Turunen.

K: Nie jest łatwo pogodzić, życie prywatne, zawodowe dodając do tego jeszcze pasje. Na szczęście nam się to jak dotychczas udaje bo tak naprawdę dzięki pasji żyje się lepiej, szczęśliwie bo robimy to co kochamy. Systematyczna praca, trochę szczęścia i kilka trafnych decyzji doprowadziło nas do wyjazdu z Tarją.

Agencja to jedno, za którą płacicie nie małe pieniądze, aby promować zespół i to jest naturalne, bo tak działa reklama, ale uważam też, że trzeba coś sobą reprezentować, żeby zostać wybranym na support z Tarją. Czy uważacie, że był to odpowiedni moment na taki cios dla was i byliście w 100% gotowi aby pojechać w świat i unieść tak wielką odpowiedzialność koncertową?

M: Moment właściwy. Decyzja została podjęta zaraz po wydaniu ostatniego krążka. Nie wystarczało nam już granie po polskich klubach. Zależało nam na lepszej reklamie i silniejszym budowaniu marki AnVision po za granicami naszego kraju. Stąd właśnie wytyczne dla naszego promotora o zagranicznej trasie z dużą gwiazdą. Co do gotowości, to nie mieliśmy z tym większych problemów. Każdy z nas grał w różnych składach i scena nie jest dla nas nowością. Od jakiegoś już czasu, działamy profesjonalnie, pracując z trzema technikami i własnym realizatorem dźwięku. Każdy wiec wiedział co należy do zakresu jego obowiązków. Jak ma działać i jak pracować aby były tego najlepsze efekty. Dodatkowo od kilku lat posiadamy też świetnie wyposażonego busa, który w komforcie pozwala nam przemierzać kilkuset kilometrowe odcinki trasy. Może zabrzmi to mało skromnie, ale znamy swoją wartość jako muzycy. Nie baliśmy się o własny warsztat czy umiejętności. Nie byliśmy więc przerażeni dużą ilością ludzi, czy ogromem sceny. Spotkaliśmy się ze świetnym przyjęciem i to nie tylko ze strony fanów ale również całego zespołu Tarji oraz ich techniki. Każdy z jej muzyków to niesamowity instrumentalista, a większość z nich grała z muzykami „z pierwszych stron gazet” (Chad Smith, Paul Gilbert). Zaprzyjaźniliśmy się z nimi. To naprawdę fajni i mili ludzie. Bez krzty gwiazdorki i noszenia nosa zadartego wysoko do góry. Podobnie sprawa techniki. Chłopaki do niedawna jeździli ze Scorpions. Działali bardzo sprawnie i płynnie. Czerpaliśmy z ich pracy i mogliśmy się od nich naprawdę dużo nauczyć.

K: Tak naprawdę musieliśmy zrobić solidny bilans tego jak rozwija się AnVision, co jest dla nas dobre, i gdzie musimy coś poprawić. I tak stanęliśmy przed decyzją o współpracy z agencją, by rozpędzać tą maszynę dalej. Czerpiemy z tego co robimy mega “fun” i kochamy to co robimy, więc była to dla nas naturalna rzecz, a tym bardziej wychodząc na wielką scenę przed duża publiką serce jeszcze mocniej buchało radością no i mordy same się cieszyły.

G: Tak, byliśmy gotowi jak nigdy dotąd. Ograni, ze świetnie działającą techniką. To musiało się stać. 

Gryzłem się z tym pytaniem, ale chciałbym uświadomić społeczeństwo muzyczne, że wyjechać sobie w trasę koncertową to, wielkie poświęcenie. Czy wspierał was ktoś finansowo w tej trasie czy w dzisiejszych czasach, niestety wszystko dźwiga artysta, począwszy od sfinansowania trasy, jej organizacji, transportu, całej logistyki, techniki, aż po jej sukces lub jesteście absolutnie niezależni i nie potrzebujecie niczyjej pomocy?

M: Tak jak wspomniałem wcześniej. Od jakiegoś czasu na koncertu jeździmy własnym busem. Mamy swoją technikę i realizatora dźwięku. Trasa to olbrzymie przedsięwzięcie zarówno logistyczne jak i finansowe. W większości staraliśmy się ogarnąć to z własnych środków.

K: Muszę wspomnieć tu o próbie wsparcia nas przez fanów, czy też ludzi którzy wyraziliby taką chęć metodą crowdfunding. I tutaj dziękuję tym wszystkim którzy nas wspomogli, niestety chyba nasze społeczeństwo nie jeszcze jest gotowe na tego typu projekty, spotkaliśmy się z ogromną falą “hejtu” jakbyśmy to zmuszali ludzi do płacenia, bądź jakbyśmy to wyciągali od nich je na siłę , ale niezwykle nas to rozbawiło, cała ta sytuacja i setki komentarzy, swoją drogą zazdroszczę, że ludzie mają tyle czasu by zajmować się nie tylko swoimi sprawami, a poza tym dało darmową reklamę za co również dziękujemy.

G: Dokładnie tak, efektem było kilka tysięcy odsłon naszego teledysku na naszym kanale YT, w ciągu kilku dni. 

 

Powiedzcie, ile dokładnie zagraliście koncertów i w jakich państwach Europy rozgrzewaliście publiczność przed Tarją?

M: Zagraliśmy siedem z ośmiu zaplanowanych koncertów, w pięciu państwach.

K: Zagraliśmy w miastach: Budapeszt, Timisoara, Ateny, Saloniki, Sofia, Izmir i Istanbuł.

G: Mniej więcej od 500 do 4500 na każdym koncercie.

Czy wszystkie koncerty poszły zgodnie z planem czy jednak wydarzyło się coś co was wyprowadziło z równowagi i nie mogliście zagrać koncertu?

M: Niestety, nie udało się zagrać koncertu w Bukareszcie. Lokalna technika, mimo otrzymania wytycznych zawartych w riderze oraz imput liście, nie potrafiła wszystkiego na czas podłączyć. To zmusiło nas do rezygnacji z tamtego koncertu. Brak profesjonalizmu z ich strony spowodował, że 10 minut na przeprowadzenie próby nie wystarczyło. Instalacja na scenie trwa dłużej, a gdzie tu mowa o nagłośnieniu i zrobieniu monitorów. Nie będę ukrywał, że nie byliśmy szczęśliwi tą sytuacją.

K: Sytuacja zmusiła nas do zejścia ze sceny, nie ukrywam, że ciężko było utrzymać nerwy na wodzy, bo nie z naszych powodów zrezygnowaliśmy z zagrania i zaprezentowania się nowej publiczności. Smutno.

G: Zasady są proste, ale normy wyśrubowane. Gwiazda (w tym przypadku Tarja) ma na instalacje 3-4 godziny, a potem 2 godziny sound Check. Support ma na to wszystko dokładnie godzinę. Sześć razy mniej czasu. Wiec jeśli trafisz na kilku bezradnych lokalnych technicznych, może Ci zabraknąć 10 minut.  Tak też się stało. Przyznam że w życiu nie wypowiedziałem tylu brzydkich słów po angielsku w tak krótkim czasie, kiedy  naskoczyłem na szefa techniki.

Zostaliście potraktowani z szacunkiem czy jako drugorzędny zespół, bo zdarza się tak, kiedy zespół nie jest bardzo znany to, traktuje się go z góry?

M: Jak już wcześniej wspomniałem ze strony zarówno Tarji, jej zespołu i techniki oraz lokalnych promotorów otrzymaliśmy duże wsparcie. Znaliśmy swoje miejsce „w szeregu” i wiedzieliśmy kto jest hedlinerem, a kto supportem. Tym nie mniej cieszy nas fakt, że druga strona dostrzegła, że ma do czynienia ze świetnie zorganizowanym zespołem, który w profesjonalny sposób podchodzi do każdego tematu. Działaliśmy zgodnie z Line Up’em każdego koncertu. Według ram technicznych i czasowych. W AnVision znamy się dobrze zarówno prywatnie jak i „muzycznie” i każdy wie co należy do jego obowiązków. Jak ma działać, żeby wszystko było spójne i na najwyższym poziomie. Nie ma mowy o pójściu na łatwiznę i kompromis lub robieniu czegoś na odczep się.

K: Od samego początku zostaliśmy z sympatią i zawodowo przyjęci i musieliśmy stanąć na wysokości zadania jakie nas czeka. W końcu przez kilka dni musieliśmy razem współpracować. Potraktowano nas naprawdę na poziomie, mieliśmy swój czas i scenę na wyłączność podczas próby co jest niezwykle komfortowe. Jednym słowem: profeska!

G: To chyba najlepszy moment aby podziękować naszej technice. Marshall, Paweł, Piotr i Dolbi. Dziękuje po raz kolejny, to był kawał dobrej roboty.  Przerwa techniczna pomiędzy nami a Tarją, była 20 min. W tym czasie musiało zniknąć wszystko ze sceny. Uwierz mi, po mniej więcej 5 koncertach w przeciągu tych 20 minut sprzęt był już nie tylko poza sceną i spakowany w casy, ale częściowo już nawet na busie. Sam dobrze wiesz ile tego mamy.

Widziałem na zdjęciach, że każdy koncert był wypełniony ludźmi po brzegi, a więc był czad. Jakie to uczucie występować na koncertach dla pełnych sal, ludzi świadomych, którzy przyszli na koncert a nie na kiełbaskę i piwo?

M: Praktycznie co wieczór, graliśmy dla pełnych sal. To wielki zaszczyt grać dla świadomej publiczności, która świetnie reaguje i przekazuje Ci energię na scenę. To jeszcze bardziej mobilizuje Cię jako muzyka i pozwala oddać to co najlepsze. Uwielbiam, kiedy słuchacz jest „głodny” muzyki. Po każdym koncercie spotykaliśmy się z fanami, zarówno rozmawiając z nimi, jak i podpisując płyty czy robiąc sobie wspólne zdjęcia. Zresztą zawsze tak podchodziliśmy do słuchacza. Lubimy się spotykać, poznawać i rozmawiać wspólnie „przy piwku”.

K: Znakomicie się gra jak to ująłeś dla świadomej publiczności, powstawała niezwykła chemia między muzykiem a odbiorcą, która napędzała nas jeszcze bardziej, bardziej niż pszyśpieszacz do spowalniacza.

G: Mieliśmy przyjemność grać dla ludzi spragnionych takiej muzyki, doceniających nasze zaangażowanie. Potrafili nawet docenić brzmienie poszczególnych instrumentów, czy zacytować tekst. Bezcenne uczucie.

Wiemy dobrze, że dzisiaj płyty sprzedają się słabo i jedyne na czym można zarobić to, kasa z biletów i gadżety, koszulki itp. Jak u was poszło w tej kwestii, sprzedaliście sporo płyt i koszulek?

M: Podczas koncertów, można było nabyć nasze wydawnictwa w formacie CD oraz płyt winylowej. Dodatkowo mieliśmy nasze koszulki, czapeczki, bluzy oraz inne gadżety. Podobaliśmy się muzycznie, więc przekładało się to również na sprzedaż merchu. Tym samym, założony przez nas plan został zrealizowany!

K: Jest to też pewnego rodzaju biznes i nie ukrywam, że nasza obecność w “sklepiku” po koncercie przekładała się na sprzedaż merchu, sam wiesz podpisy, zdjęcia, autografy.

G: Jak wspominałem, gdy Tarja zaczynała swój występ, my byliśmy już spakowani i właściwie mogliśmy jechać do hotelu. Jak Karol powiedział czekaliśmy na koniec koncertu, bo gdy wszyscy wychodzili zaczynało się prawdziwe oblężenie sklepiku.

Ciągle porównujemy Polskę do zagranicznych krajów, jak to działa u nas, a jak to działa zagranicą. Czy po tej trasie, nie pozostaje w was żadna wątpliwość, że w Polsce show biznes działa biednie, a za granicą jednak odbywa się to prężniej, profesjonalniej czy jednak to mit?

M: Jako scena muzycznie i organizacyjnie naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Polskie zespoły w większości składają się ze świetnych muzyków, którzy wiedzą czego chcą. Dysponujemy też znakomitym sprzętem i umiejętnościami. Zespoły takie jak Behemoth, Vader, Riverside podbijają świat i od wielu lat są rozpoznawalnymi, światowymi markami. Show biznes za granicą działa podobnie. Wg. tych samych wzorców i schematów. Jedynie mentalność i podejście wielu artystów jest różna. Sprzęt jest ten sam, kluby wyglądają podobnie. Czy profesjonalnie? Tak mogło by się wydawać, a jednak są wyjątki. Chociażby nasz przykład koncertu w Bukareszcie. Tamtejsza technika zachowywała się jak polski chłop początkiem XX wieku, któremu dopiero co doprowadzono prąd do chałupy. Oglądał z każdej strony i patrzył się – co to za cud świata, nie mając o tym jeszcze zielonego pojęcia. Podobnie było i tam – np. mikrofon do werbla podpinany w trzy osoby. Nie było by w tym nic złego, przecież można kontrolować kolegę… Co z tego, jeśli później, do gniazdka, źle się wepnie kabelek – przecież cyferki, którymi oznaczone są wloty też można pomylić ☺

K: Wszystko zależy od tego na kogo trafisz, w Atenach jeden ogarnięty koleś, ujmę to tak: fachowiec, zdążył nas szybciej podpiąć i zrobić nam znakomite monitory, niż tych wspomnianych chyba czterech w Bukareszcie…

G: Występują ogromne różnice kulturowe. W jednych krajach jeszcze się uczą, a w innych juz to umieją, ale mają wszystko w „pompie”. Nie można generalizować i dzielić w ten sposób. Zależy z kim grasz, dla kogo grasz. Według mnie te czynniki wyznaczają poziom profesjonalizmu obsługi.

Jak to rozwiązaliście logistycznie, trasa, transport, hotele, kto się tym wszystkim zajął?

M: Trasa organizowana była przez management Tarji Turunen. My jako zespół supportujący dostaliśmy cały tour book i line up na każdy dzień trasy i musieliśmy się tego trzymać. Wszystko o określonym czasie i w punkt. Logistyka, hotele, transport leżały po naszej stronie.

K: Alkohol, zwiedzanie, imprezki, alkohol, nie przespane noce, dobry humor no i jeszcze alkohol tym zajęliśmy się sami ;-)…

Pomysł z flagami jest popularnym gestem wśród artystów ale ciągle łapie za serce. Czy magia tego rodzaju show, zadziałała pozytywnie w waszym przypadku?

M: Tak – co wieczór czekaliśmy na koniec naszego koncertu, kiedy to MarQus po przedstawieniu całego AnVision pojawiał się z flagą kraju w którym graliśmy. Magiczny moment każdej ze sztuk. Publiczność jeszcze bardziej szalała, a my wraz z nią. Dostawaliśmy od niej niesamowitego kopa, więc „Mental Suicide”, który grany był na koniec po prostu miażdżył!

K: Na pewno Greg wam powie co się działo gdy MarQus wychodził z flagą. Niewątpliwie to działa !

G: Oj działa! Te wszystkie mordki uśmiechnięte, wyciągnięte ręce w górę i krzyczące gardła – to było coś! W nagrodę dali sobie robić zdjęcie ze sceny i krzyczeli jeszcze głośniej. Żal było schodzić. 

Co wam utkwiło najmocniej z całej trasy, co zostanie w was na zawsze?

M: Bez cienia wątpliwości – koncert w Sofii. Największa publiczność, największa scena i największy cios. Po koncercie, kiedy wszystkie bramki zostały już zamknięte i ochrona „wypraszała” publiczność, jeszcze przez ponad godzinę mieliśmy oblegane stoisko z merchem. Autografy, wspólne zdjęcia, przybijane „piątki” czyli to co tygryski lubią najbardziej!

K: Wspomnienia z całej trasy zachowam do końca życia, to była niesamowita przygoda. Intensywna ale szalenie pozytywna. Liczba godzin spędzonych w busie powodowała płasko dupie ;-).

G: Sofia. Aż nie wiem jakich słów użyć, bo to najlepszy koncert w moim życiu. 

Tarja fajna babeczka czy gwiazdeczka?

M: Zważywszy na liczbę zagranych przez nią koncertów, czy ilość sprzedanych płyt – gwiazdeczka, trudno zresztą się temu dziwić. Na tyle, na ile my ją poznaliśmy – fajna i sympatyczna osoba ☺

K: Zdecydowanie fajna babeczka, mam na to dowody ;-)…

G: To ciężko pracująca, utalentowana i mega pozytywna, ciepła osoba. 

Jakie plany na przyszłość, jakieś propozycje, idziecie za ciosem czy chwila przerwy?

M: Po trasie mamy do zagrania jeszcze kilka zaplanowanych wcześniej koncertów. Zaczynamy też przygotowywać materiał na kolejną płytę, którą niebawem chcemy zacząć rejestrować w studio. Zaczynamy też edycję materiału wideo, który został zarejestrowany w lipcu 2016 roku z myślą o wydawnictwie „Live”. Są pomysły, teraz trzeba je tylko wdrożyć w życie ☺

K: Tak naprawdę mam już dość tych facetów, spędziłem z nimi zbyt wiele czasu, grubo zastanawiam się czy mam dalej ochotę patrzeć na te mordy, a tak naprawdę chciałbym jeszcze raz!

G: Cały czas mamy coś do zrobienia. Zapewne nie będziemy się nudzić. Dobrze by było zrobić w tym roku ze dwie takie trasy jeszcze. Czas pokaże.

Łatwo żyć w takiej trasie, spanie, jedzenie, alkohol, non stop w busie itp?

M: Na trasie, gdzie do przejechania każdego dnia masz blisko tysiąc kilometrów, hotele to krótki luksus. Wpadasz do niego najczęściej późno w nocy, bierzesz prysznic i kładziesz się na godzinkę czy dwie do spania, a nad ranem dalej w trasę. Po drodze coś jesz i dosypiasz ile się da, żeby na maksa móc zregenerować organizm. Najczęściej, to po zapełnionych parkingach i szyldach wybierasz miejsce, gdzie zjesz śniadanie, czy obiad. W kolejnym mieście wpadasz na kilka minut do hotelu, żeby się tylko przepakować i wziąć rzeczy na koncert i już ruszasz do klubu na próbę. Później koncert i znowu hotel. Tak codziennie, więc miasta, w których grasz, zwiedzasz najczęściej podczas podróży busem. Alkohol jest, bo trudno, żeby go nie było – taka muzyka ☺ . Masz jednak świadomość, że w następny dzień, masz do przejechania kilkaset kilometrów i znowu koncerty

K: Życie w trasie się zmienia, nie masz obowiązków, ale masz na alkohol, nie jest łatwo :-)…

G: Akurat na alkohol było najmniej czasu. Najbardziej pożądaną czynnością był sen. Kiedy przejeżdżasz w niewiele ponad tydzień 8000 kilometrów, nie trudno zgadnąć że cześć tej drogi przebywasz w nocy. W efekcie tego, sen cieszył się największym powodzeniem. 

Nadal uważacie że polskie dziewczyny są najładniejsze czy coś się zmieniło po tej trasie ;-)…?

M: Tak jest! Przez grzeczność nie zaprzeczę ☺…

K: Hmmm… Ja jestem kompletnie zdezorientowany!

G: No cóż.. przekrój mieliśmy dość spory. Zdecydowanie polskie dziewczyny są najładniejsze, niemniej jednak konkurencję mają mocną 😜.

 

Materiał przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: archiwum AnVision

Krzysztof Dziedzic – TEMPO…

Jeden z niewielu tak barwnych polskich jazzowych postaci w świecie perkusji, o której mówi się, że „wszyscy grają jazz, ale Krzysiu to jest petarda”, i to prawda, bo przecież oprócz szczęścia, miejsca czy czasu i odpowiednich ludzi, trzeba przede wszystkim coś potrafić, coś sobą reprezentować, mieć to coś, co przyciąga i czaruje, a ten człowiek ma do powiedzenia więcej niż może nam się wydawać.

Jest człowiekiem renesansu, który niesie za sobą ciągle jakieś zmiany, nowości i dba o to, aby systematycznie rozwijać swoje pomysły, których z pewnością będzie jeszcze wiele. 

Jego najnowszy i zarazem pierwszy album solowy zatytułowany Tempo, przerósł moje oczekiwania, bo spodziewałem się klasycznej płyty jazzowej, której nie jestem miłośnikiem, a dostałem ogromny cios w szczękę, która opadła mi na ziemię i ciężko miałem ją podnieść, tym bardziej, że Krzysiek ma mocny cios, bo jego drugą pasją jest sport, a dokładnie boks, który trenuje od lat, więc trzeba nie niego uważać ;-)…

Album Tempo, to dla mnie dawka światowej półki jazzu, a jak to nazwał Krzysztof – Hip Social Jazz Music. Bardzo ciekawa mieszanka, ale robi wrażenie, bo kiedy włączasz płytę i mylisz, że zaraz będziesz przełączał numery to, jesteś w wielkim błędzie, bo trudno się od niej oderwać i zanim się obudzimy ze snu, płyta dobiega końca i nie wiesz kiedy to się stało, ponieważ ma w sobie taką głębie dźwięków, emocji, energii i pasji, że można się zapomnieć podczas jej słuchania…

Przed wami Krzysztof Dziedzic i jego solowy album Tempo! 

Krzysiu, skąd inspiracja do napisania solowej płyty?

Inspiracją było całe moje dotychczasowe życie muzyczne, 20 lat grania z różnymi muzykami po całym świecie, a moja ostatnia, a zarazem pierwsza wycieczka do Nowego Jorku latem 2016 roku, była czymś wielkim, jak wycieczka Muzułmanów do Mekki, która utwierdziła mnie, że nie mogę już robić nic innego jako muzyk, tylko muszę nagrać płytę solową i zacząć ją grać, nie zwracając uwagi na nic poza tym.

Czy to twój pierwszy album solowy?

Tak, to, mój debiut. Nagrałem wiele płyt z różną muzyką, ale ta płyta jest od a do z, absolutnie moja, wymyśliłem sobie wszystko sam i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy.

Bardzo oryginalny tytuł płyty i mnie się kojarzy pozytywnie, coś się dzieje, raz szybciej, a raz wolniej i do przodu. Czy ten tytuł to, wynik szybkiego tempa, w którym dzisiaj żyją ludzie na całym świecie czy jednak chodzi o coś innego, bardziej osobistego?

Tytuł tempo, wpadł mi do głowy nagle, podczas nagrywania płyty. Jechałem na sesję nagraniową do Warszawy i jechałem trochę szybko bo jak to zwykle bywa, czasu brak i podczas podróży dowiedziałem się, że jeden z kolegów nie dojedzie na sesję i mimo iż ta wiadomość rozbiła mi plan sesji, uśmiechnąłem się w głębi siebie, dodałem gazu i napisałem jeden z numerów, który znajduje się na płycie i gramy go w trio. Ogólnie, całe moje życie toczy się w ciągłym tempie, raz wolniej, raz szybciej, ale cały czas do przodu i dlatego postanowiłem, że taki będzie tytuł mojej solowej płyty.

Jeszcze bardziej ujęły mnie tytuły utworów, które nazwane są różnymi tempami. Nazwanie utworów tempami to mega sprawa i na pewno nie zrozumiała dla wielu, bo zazwyczaj są to jakieś nazwy, ale wiem że ty jesteś pozytywnie odjechanym artystą, więc pasuje to do ciebie idealnie. Czy każde z tych temp, to uczucia, które towarzyszyły ci podczas nagrywania danego utworu?

Utwory są ściśle związane z tytułem płyty, a więc postanowiłem je tak nazwać czyli BPM ( beat per minutes ). Nie zastanawiałem się nad tym, po prostu zaczynałem grać, a chłopaki za mną i tak powstawały te utwory i ich tempa. Absolutna improwizacja, ale jestem pewien, że nasze samopoczucie podczas nagrywania, jest bardzo odczuwalne w tych utworach. Dlatego kocham grać taką otwartą muzykę, bo tutaj nie da się niczego ani nikogo oszukać.

Nie gram jazzu ale kocham go słuchać i uważam że twój album jest grubo odjechany, ponadczasowy moim zdaniem. Czy to co słyszę podczas słuchania tej płyty to, twoje zwariowane, niespokojne, wciąż poszukujące wnętrze, twoje emocje, uczucia?

Dziękuję, cieszę się że ci się podoba. Nie jestem pewien czy można ją nazwać jazzem. Są tam elementy muzyki jazzowej jak swing czy improwizacja, ale jest też wiele innych dlatego, nazwałbym ją bardziej Hip Jazz Social Music. Social Music, bo jej brzmienie w dużej mierze, zależy głównie od relacji międzyludzkich, pomiędzy muzykami jak i odbiorcami. Ma elementy hip hopu, hip jest bez hopu ;-)… Dlatego Hip Social Jazz Music, a idąc dalej, za Milesem Davisem – Social Music ( określenie, które zostało użyte w filmie o Milesie Davisie ).

Płyta Tempo to, klasa światowa. Czy myślisz, że ludzie pokochają twoją muzykę, czy nie dbasz o to?

Oczywiście, że bardzo chciałbym żeby ludzie pokochali moją muzyką, ale nie jest to głównym motorem napędowym do działania. Jeśli się spodoba to super, a jeśli nie to trudno. Fajnie gdy ludzie mają opinie o muzyce, to dla mnie ważne, a czy jest dobra czy nie to już inna sprawa, ale najważniejsze to, żeby nie byli obojętni bo to jest najgorsze.

Gdzie i z kim nagrywałeś album?

Album nagrywałem w studio S3 w Warszawie. Realizatorem był pan Regulski i nagrał mi wspaniale moje bębny. Jestem bardzo zadowolony, chyba najbardziej z moich dotychczasowych nagrań. Mastering robił mój wielki przyjaciel i kompan muzyczny Robert Kubiszyn, który gra na tej płycie na basie. Na instrumentach klawiszowych Piotr Wyleżoł, Kuba Więcek – saksofony. Dj Eprom TRNTBL, Apostolis Anthimos ( gitarzysta SBB ).

Kolejność utworów na płycie jest przemyślana czy ułożyłeś je w kolejności w jakiej je nagrywałeś?

Utwory połączone są w jedną całość i przechodzą jeden w drugi. Każdy numer składa się z schowanych dwóch lub trzech miniatur, dlatego ludzie, którzy naprawdę przesłuchają mojej płyty, mogą dotrzeć do jej wnętrza i odkryć szczegóły, które zawarłem w utworach, dlatego ułożenie utworów nie jest przypadkowe.

Okładka jest bardzo dynamiczna i magiczna. Kto zajmował się stroną graficzną?

Grafika albumu i jej kształt, był w większości zrobiony przez wytwórnię. Miałem duży wpływ na pomysł wiru, który jest przedstawiony na okładce i podoba mi się to bardzo. Na okładce chciałem zamieścić odzwierciedlenie wiru energetycznego, ponieważ wierzę że wszystko jest oparte na energii, która wiruje a nie stoi. Wierzę bardzo głęboko w wymianę energetyczną pomiędzy muzykami jak i odbiorcami. Po promocyjnym koncercie w Bielsku, nie mogłam spać, ponieważ byłem tak bardzo naładowany faktem, że 300 istot ludzkich, koncentrowało swoją uwagę na nas. Ja odczuwam to od lat, dlatego uwielbiam przebywać między ludźmi i dzielić się z nimi energią. Jestem od tego uzależniony ;-)…

Życzę sobie i światu więcej takich ponadczasowych artystów jak Ty! Czy to był odpowiedni moment w twoim życiu na nagranie tego albumu?

Czas absolutnie idealny!

Jakie plany związane z płytą, promocja, trasa itp?

Plany to głównie festiwale. Zagraliśmy niedawno koncert na Zadymce Jazzowej i działa to tak, że jeśli jest super, to idzie fama i wpadają kolejne koncerty i chyba nie poszło źle, bo już wiem, że gramy 1 maja na Wiośnie Jazzowej w Zakopanem i Jazz nad Odrą we Wrocławiu, który odbędzie się 26-30 kwietnia tego roku. Potem kilka grań w europie, które już się pojawiły.

Krzysztof Dziedzic od siebie…

Chciałbym tą płytę grać z muzykami, z którymi ją nagrałem ale wiem, że będzie to trudne, ponieważ są oni zajętymi muzykami ale to daje mi komfort grania z różnymi muzykami w różnych składach. Moje znajomości z czasów koncertowania z Nigelem po całym świecie, mogą teraz zaowocować i będę mógł wrócić i znów zagrać np. z ziomkami z Malezji.

Podziękowania dla rodziny!

Najmocniej chciałbym podziękować mojej żonie i rodzinie, bez której nagranie płyty byłoby niemożliwe. Kiedyś myślałem, że granie jest dla mnie najważniejsze ale dziś już tak nie jest i jestem pewien, że rodzina i ludzie są najważniejsi. Bez muzyki byłoby ciężko, ale dałbym rade, a bez rodziny nie dałbym rady żyć, a już na pewno grać.

Płytę  Tempo, można kupić klikając w podane poniżej linki:

http://store.for-tune.pl/dziedzic-tempo

https://www.facebook.com/dziedzickrzysztof/

 

Materiał przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: archiwum Krzysztof Dziedzic

Integration & Groove IV

Kolejna zimowa edycja warsztatów perkusyjnych w Błażowej, odbyła się w Szkole Muzycznej I stopnia w Błażowej. Liczba osób, które przybyły na warsztaty, była bardzo imponująca, ponieważ przybyło około 45 osób w różnym wieku, co było bardzo ekscytujące. W sumie nic dziwnego, kiedy mamy zimę i nie za bardzo jest co robić, ale myślę że przede wszystkim to atmosfera i wysoki poziom warsztatów, przyciąga coraz większą liczbę osób na warsztaty. Może to nie oszałamiająca liczba, ale popularność gry na perkusji, wzrasta z roku na rok.

Podczas czwartej edycji zimowych warsztatów perkusyjnych w Błażowej, można było ćwiczyć pod okiem Agnieszki Trzeszczak z Drum Academy, Roberta Markiewicza z zespołu Organek, Przemka Bajera oraz Karola Nabożnego z Drum Set Pro School, Pawła Larysza z zespołu Animations oraz Grzegorza Poliszaka.

Dzień I

Pierwszy dzień warsztatów odbył się bardzo dynamicznie. Podzielono uczestników na cztery grupy i rozpoczęliśmy warsztaty. Czasu było nie wiele dla każdego wykładowcy więc trzeba było dać z siebie wszystko co najlepsze, a to już jest wyższa szkoła jazdy.

Dodatkowym wymagającym motywem, byli rodzice niektórych dzieciaków, którzy również brali udział w zajęciach. Oczywiście, najważniejsze to być naturalnym i sympatycznym człowiekiem i nikogo ani niczego nie udawać, wprowadzić miłą atmosferę i przekazać najistotniejsze wiadomości.

Dzieciaki i młodzież, byli bardzo oddani zajęciom i wchłaniali wiedzę bardzo szybko i co najważniejsze, w każdym z nich, było widać ogromną pasję, którą można było wyczuć w każdym uderzeniu w pada.

Wszystko działo się bardzo szybko, więc gdy już wchodziliśmy w etap solidnego ćwiczenia, trzeba było kończyć zajęcia i przejść do kolejnej sali, gdzie czekał Robert Markiewicz, który pokazywał dzieciakom istotę groove’u, brzmienia, stylu, techniki, dynamiki, akcentów itp, a więc Paweł Larysz rozgrzewał, a Robert Markiewicz osadzał groovem na zestawie, co było fajnym połączeniem.

Po porannych zajęciach udaliśmy się na przerwę obiadową. Po przerwie wróciliśmy do zajęć i druga po południowa część zajęć, odbyła się wspólnie czyli Larysz & Markiewicz.

Zajęcia minęły bardzo pracowicie i mimo że na początku dzieciaki sprawiały wrażenie niezdyscyplinowanych to, po kilku godzinach udało nam się stworzyć dyscyplinę, dobry puls i dynamikę podczas wspólnych zajęć.

Poza Pawłem i Robertem, w innych salach zajęcia prowadzili Karol Nabożny i Przemysław Bajer, to panowie, winni całego zamieszania z warsztatami w Błażowej.

Dzień II

Drugi dzień warsztatów odbył się równie pracowicie i tym razem pod okiem Agnieszki Trzeszczak z Drum Academy oraz wyśmienitego Grzegorza Poliszaka.

Żeby urozmaicić pracę na zestawie i wyjaśnić dokładniej o co w niej chodzi i jak ważna jest współpraca w sekcji rytmicznej, dołączył do Grzegorza, jeden z najbardziej uznanych basistów w Polsce, Bartosz Szetela.

Oprócz Grzegorza, Bartosza i Agnieszki, zajęcia poprowadził Robert, który drugim dniem, zakończył swoją obecność jako instruktor.

Drugi dzień był najciekawszym dniem warsztatów, ponieważ odbył się konkurs werblowy i konkurs na zestawie, więc emocje były wielkie, a chęć wygrania nagród była ogromna.

PROMARK EVANS DRUM CONTEST

Był to pierwszy w historii konkurs pod nazwą ProMark Evans Drum Contest zorganizowany w ramach warsztatów perkusyjnych, którego głównymi sponsorami byli oczywiście Promark i Evans.

Konkurs rozpoczął się od werblowych popisów. Umiejętności uczestników były bardzo wysokie i trudno było oceniać ale niestety od tego jest komisja, żeby szczerze, a czasami wręcz ostro, ocenić uczestników.

Jedni mieli problemy z równym graniem, inni grali poprawnie ale bez finezji, kolejni kładli nas na łopatki swoją precyzją, a jeszcze następni czarowali lekkością i zabawą podczas konkursu werblowego. Jedno ich łączyło – skupienie i oddanie dla perkusji. Oczywiście, gra się całe życie więc młodzież będzie mieć czas żeby szlifować swój warsztat.

Konkurs ocenialiśmy w formie Grand Prix i wyróżnień za zebrane punkty od komisji. Nagrodę Grand Prix w konkursie werblowym zdobył Szymon Froń, a wyróżnieni zostali Adrian Dziadek, Zuzanna Heller, Miłosz Reszutek i Aleksandra Paśko.

Drugim konkursem drugiego dnia warsztatów, był konkurs na zestawie. Podczas konkursu na zestawie perkusyjnym, wzięli udział ci sami uczestnicy, którzy czarowali nas podczas konkursu werblowego.

W tym konkursie można było zobaczyć większy wachlarz umiejętności, ponieważ zestaw daje większe możliwości i można bardziej wykazać się od strony muzykalnej. Dzieciaki zaprezentowały po dwa utwory, jeden solo a drugi z podkładem. Każdy dobierał sobie repertuar indywidualnie w kwestii podkładu, a więc było bardzo ciekawie. Usłyszeliśmy takich wykonawców jak Adelle, Animals As Leaders, Red Hot Chili Peppers, słynny utwór Caravan i inne. Każdy pokazał swój charakter, styl, gust, technikę, puls, inspirację.

W konkursie na zestawie w grupie początkującej Grand Prix zdobył Karol Barczyk, a wyróżnieni zostali Aleksandra Paśko, Tomasz Krupa ( nie ma nic wspólnego z Krupą z Ameryki, ale jest równie utalentowany ) oraz Wojciech Bieniek.

W grupie średnio zaawansowanej Grand Prix zdobył Filip Preisner, a wyróżnienia zdobyli Szymon Froń, Xavier Schier, Filip Krupa, Łukasz Siry.

W grupie zaawansowanej Grand Prix zdobyły dwie uczestniczki, ponieważ były tylko dwie i obie grały genialnie, więc komisja postanowiła nagrodzić obie uczestniczki nagrodą główną i były to Zuzanna Heller oraz Dagmara Karandys.

Naprawdę możemy być dumni z polskiej młodzieży, która gra z wielką pasją na perkusji i przybywa coraz więcej pasjonatów na warsztaty perkusyjne.

Dwadzieścia lat temu, gdyby ktoś mi powiedział, że stworzy się tak wielka przyjaźń w świecie perkusji i pasja do grania na perkusji to, ucieszyłbym się ale nie uwierzył, a dzisiaj trudno zliczyć jak wielu mamy pasjonatów perkusji.

Dzień III

Trzeci i ostatni dzień warsztatów był dla Pawła Larysz i Karola Nabożnego, wspólnym dniem zajęć. Zajęcia były bardzo intensywne, a grupa dzieciaków była ogromna i bardzo głośna.

Oczywiście, praca z dzieciakami to, praca nad podstawami, równym graniem, poprawną techniką, dokładnością, pozycją za zestawem czy samym werblem, bo na początku nie ma mowy o szybkości i jakiś wygibasach z kosmosu. Grunt to, zrozumieć sens w graniu na bębnach, przyswoić dyscyplinę i kolejność wykonywania ćwiczeń, a moim zdaniem najważniejsze to zaszczepić w dzieciach radość gry na perkusji, bo zbyt poważne traktowanie muzyki i grania na perkusji może się źle skończyć kiedy przychodzą słabsze dni i nie chce się ćwiczyć no i okres dzieciństwa to, totalna zabawa i tak powinno być.

Po porannych zajęciach udaliśmy się na obiad, a po obiadku rozpoczęły się przygotowania do koncertu finałowego na którym wystąpili instruktorzy oraz uczestnicy warsztatów.

Jako pierwszy wystąpił Grzegorz Poliszak, który zagrał z podkładem swojego nowego zespołu Kromatik – Struktura Faktury, stworzonego, jak to powiedział Grzegorz – dla zabawy! Cała płyta zarejestrowana została absolutnie na żywo, bez żadnych poprawek, a więc należą się ogromne brawa dla muzyków bo wykonali kawał dobrej roboty. Występ Grzegorza był prezentacją doświadczenia, osadzenia dźwięków, tłustego groovu i przede wszystkim smaku, jaki zdobywa się latami.

Kolejny na scenie zaprezentował się bardzo energiczny Paweł Larysz, który zagrał dwa utwory z nadchodzącego czwartego albumu jego zespołu Animations, a tytuł płyty to, Without The Sun. Była to dawka mocnego metalowego uderzenia oraz połączenia dwóch różnych styli czyli w tym przypadku samby i metalu. Okazuje się że nie ma ścisłych reguł ani zasad w muzyce i dlatego ten świat należy do ludzi odważnych, którzy nie boją się łamać zasad w muzyce i prezentują to, z uśmiechem na twarzy.

Jako trzecia na scenie zaprezentowała się Agnieszka Trzeszczak, która do wspólnego występu zaprosiła uczestniczkę warsztatów, Dagmare Karandys z którą wspólnie wykonały mieszankę utworów popowych. Był to świetny występ, który pokazał jak świetnie można bawić się grając na perkusji i pokazał talent młodej Dagmary. Kolejnym elementem występu Agnieszki było solo połączone z jej grupą, którą szkoliła podczas warsztatów. Agnieszka zadawała pytanie na zestawie a dzieciaki odpowiadały grając unisono na werblach, a na koniec każdy z młodych uczestników, zagrała krótkie solo na werblu.

Był to bardzo kreatywny występ Agnieszki oraz jej całej grupy, który dzieciaki i również rodzice zapamiętają na długo.

Ostatni na scenie zaprezentowali się Karol Nabożny i jego serdeczny przyjaciel Grzegorz Szymański. Przyznam, że był to ciekawy duet perkusyjny, który składał się z zestawu perkusyjnego i wibrafonu. Byłem przekonany, że duet przygotowywał się do tego występu bardzo długo ale okazało się, że jednak nie, a zabrzmieli bardzo ciekawie, jak by grali ze sobą całe życie. Świetny smak i muzykalność tych dwóch muzyków, sprawiło, że słuchało się ich występu bardzo przyjemnie.

Tym pozytywnym akcentem, podziękowaliśmy wszystkim uczestnikom, rodzicom oraz sponsorom za fantastyczne warsztaty perkusyjne, które reprezentują coraz wyższy poziom i przyciągają coraz więcej ambitnej młodzieży.

Myślę, że warsztaty w Błażowej, zapisały się już na stałe w kalendarzu perkusyjnym i pozostaje nam czekać na kolejne edycje Integration and Groove, a teraz bierzemy pałki w ręce i do roboty bo samo się nie zagra!

 

Materiał przygotował: Paweł ‚Mr Sticky’ Larysz

Zdjęcia: archiwum Paweł Larysz oraz Integration & Groove